Pracoholizm

Linia specjalna

Pracoholizm

Czym właściwie jest pracoholizm? Kiedy zaczynamy być pracoholikami?

Jest podobny do większości „izmów”, to uzależnienie, stan w którym bez pożywki „izmu” nie jesteśmy w stanie funkcjonować. Jednak w przeciwieństwie do alkoholizmu, narkomanii, lekomanii ten nałóg rozwija się na poziomie psychicznym nie fizjologicznym. Czyli  setkę za stępuje nocny dyżur, działkę roczne sprawozdanie, najlepszy klin to roczne sprawozdanie w sobotni wieczór. Reszta przebiega jak w innych nałogach. Brak kontroli nad ilością przepracowywanych godzin. Zaniedbywanie rodziny, kontaktów towarzyskich i społecznych w ogóle. Pracoholik jest jak żołnierz na przepustce, nie potrafi mówić ani myśleć o niczym innym jak o wojsku. Uzależniony od pracy nawet nie myśli o  czymś innym niż obowiązki zawodowe. Każdą rozmowę nie związaną z pracą uznaje za stratę czasu. Nie szanuje osób, które biorą urlopy, korzystają z wolnych sobót i nie zabierają pracy do domu. W jego żyłach buzuje adrenalina, korporacyjna, akwizycyjna, medyczna, reporterska, redaktorska (tak!). I nic poza nią się nie liczy, bo nie jest tego warte. Jest w ciągu, na haju obowiązków, terminów, deadlinów. W klinczu spodziewanych sukcesów i coraz wyżej stawianych celów. Praca daje mu to co drink z palemką pod palmą pity przez leniwych kolegów. Kiedy pracuje jest szczęśliwy, zadowolony, spełniony. Jednym słowem nirwana. Tyle, że nad przepaścią.

Czy pracoholizm to choroba?

Oczywiście, że tak. Ma nawet swoją sygnaturę w katalogu chorób. A skoro choroba to cierpienie, ale i leczenie. Pracoholizm trzeba i można leczyć. Jak każdego nałogowca trudno skłonić do leczenia, kiedy sama sugestia, że tak intensywna praca jest chorobliwa  wywołuje agresywną obronę. Leniwy ignorant, niedouk bez ambicji, leser, smutny minimalista to najłagodniejsze naboje, którymi strzela pracoholik. A przecież pracoholizm naprawdę może być niebezpieczny. Zawał, choroby układu krążenia, nadciśnienie, otyłość, nerwica, wrzody żołądka itd.  I tak jak z alkoholikiem, narkomanem, hazardzistą cierpi cała rodzina. Bo wszystkie „izmy” to choroba.

Skąd bierze się wyobrażenie, że „beze mnie ten projekt nie wypali”, albo „musze wszystkiego dopilnować sam, bo przecież nikt nie zrobi tego lepiej ode mnie” itd.

Z braku miłości i akceptacji w dzieciństwie. Z wyśrubowanych oczekiwań rodziców. Z braku pewności siebie, z niskiej samooceny, z potrzeby udowadniania sobie ( i poniekąd ciągle niezadowolonym rodzicom), że jest się najlepszym. Wartym pochwał, uznania i nagrody.  Chorobliwy perfekcjonizm jest udręką nie tylko dla współpracowników, ale i dla niego samego. Faktycznie, wśród pracoholików nie brakuje perfekcjonistów i schorzenia niejako sprzęgają się, jak depresja z alkoholizmem. W obu przypadkach mieszanka nie do pozazdroszczenia.

Znam człowieka, który z dumą obwieszcza, że jest pracoholikiem, dlatego z trudem znosi urlopy. Przekonuje, że uwielbia swoją pracę, więc nie doskwiera mu żaden problem. No bo po co doszukiwać się problemu, gdy po prostu robi się to, co się lubi?  Czy to normalne?

Ze wszystkich znanych mi nałogowców wszelkich udręk,  jedynie pracoholicy nie wstydzą się swojego nałogu, a właśnie są z niego dumni.  Najlepiej wykonują swoją pracę, szefowie ich chwalą, firma bez nich się zawali, dobrze zarabiają, konta z trudem  mieszczą zera. Oni z kolei z trudem mieszczą się w błękitnych koszulach, a ich wyniki krwi rozsadzają  górne granice alarmowe. Sukces jest przeliczalny ale negatywne skutki nie do oszacowania. Oprócz skutków zdrowotnych, w niedługim czasie pojawiają się tez skutki w  ukochanej pracy.  Wyniki nie są tak oszałamiające, klienci nie stoją w kolejkach, towar zalega na półkach, tematy nie wypalają, pomysły się powielają itd. Pracoholik tylko dla kogoś „leniwego” może zdawać się nieczułą, perfekcyjną maszyną do pracy. Ale nawet robocopowi przegrzewają się styki. Pracoholik nie jest przez cały czas idealny, bez trudu przychodzi mu tylko przychodzenie do pracy. Im wyżej stawia poprzeczkę, im więcej bierze na siebie obowiązków tym gorzej mu idzie, i więcej czasu mu to zabiera. Owszem, ciągle jest adrenalina i euforia z wykonywanej pracy, ale coraz większym kosztem. Psychicznym, somatycznym, rodzinnym (jeżeli jeszcze ją ma).  A co do nieszkodliwości robienia tego co się lubi… cóż niektórzy lubią głaskać koty, niektórzy uwielbiają dżin i łapanie pokemonów czy nocne kręcenie waty cukrowej. Zgoda, ale pod warunkiem, że nie koliduje to z życiem pasjonatów. Nie zbija miłości, nie zrywa kontaktów z przyjaciółmi i nie zastępuje życia pozabiurowego.

Z kolei inny znajomy narzeka, że swoje przepracowanie zawdzięcza najprawdopodobniej kiepskiej organizacji pracy. Jak mówi, jest perfekcjonistą i „udoskonala” wszystko. Gdy koledzy idą do domu, od nie potrafi odpuścić, bo wydaje mu się, że zawsze musi być najlepszy. Kwalifikuje się do leczenia?

Mogę tylko przypuszczać, że oprócz   wiecznego poligonu urządzanego  przez perfekcyjnych rodziców, znajomy ma problem z umiarem i bierze na siebie za dużo. Może być typem kompulsywnego pracoholika. Bierze dużo, dużo potem czeka, czeka i kiedy już lampka zaczyna mrugać rzuca  się w wir pracy, której ma tak dużo, że nie ma czasu załadować taczek. A kiedy już podpierając się nosem, z siniakami pod  i mroczkami przed oczami wdusza złoty enter, jest szczęśliwy. Roztacza nimb herosa i zbiera następne zadania. Nie wiem, czy nadaje  do leczenia, ale może jakaś rozmowa ze specjalistą?

Z pracoholizmem natychmiast kojarzy mi się słowo korporacja. Systemy korporacyjne wymagają od pracowników oddania, a człowiek będący małym trybikiem w tych wielkich „maszynach”, dostając kolejne zlecenie, zwykle boi się mówić  „dosyć”, bo na jego miejsce, z dużym prawdopodobieństwem  korporacja znajdzie natychmiast trzech innych chętnych. Jak się w tym odnaleźć?

Korporacja to przede wszystkim uprzedmiotowienie i pozyskiwanie wyników przez wyzysk. Oczywiście wyzysk jest wpisany w system wielkich machin. Trybiku, no dobrze, pracownika, nikt nie pyta czy kręcenie się w maszynie sprawia mu satysfakcję, przyjemność i radość.  Ma się kręcić, nakręcać i być wdzięcznym. Jak chomik za kółko i marchewkę. Praca ponad siły, miarę, normy i przyzwoitość nie ma nic wspólnego z pracoholizmem. Czy więźniowie w kamieniołomach też byli pracoholikami? Odmówić wykonania zadania wymagającemu brygadziście w garniturze, od którego wymagają dyrektorzy w smokingach, od których wymagają członkowie zarządu we frakach, nad którymi stoi szef wszystkich szefów w hawajskiej koszuli nie jest łatwo. Wiadomo, kredyty, pożyczki, dzieci, leki, czynsz, rachunki. Nie ma recepty na zjedzenie ciastka i trzymania ciastka w kredensie. Albo się godzisz albo sam zmieniasz pracę. Owszem, można wypracować wewnętrzne systemy obronne,  wzmocnienie pozytywne z nowymi zawiasami do zaciskania szczęk i wykonywania zadań. Ale zalecałbym równoczesne szukanie innej pracy. Na dłuższą metę sytuacja przerośnie trybik, korporacja wybije ząbki i pożegna kółeczko.

Czy ktoś kto cierpi w milczeniu, zagryza zęby i pracuje ponad miarę, kosztem swojego zdrowia, fantazjując przy tym na temat wygranej w Lotto, to też pracoholik? Może to  raczej nieudacznik, który nie potrafi zaryzykować, zdobyć się na odwagę by wyznaczyć jakieś zdrowe granice, albo spróbować  swoich sił gdzieś, gdzie będzie się spełniał mając też czas dla najbliższych?

Zdecydowanie nie, bo praca nie sprawia mu rozkosznego poczucia przyjemności. Nie zastępuje mu całego świata i doznań. Dostrzega, że zaniedbuje rodzinę i ważniejsze odczuwa jej brak. Pracoholik nie na takich potrzeb ani dylematów. W tym przypadku ciało migdałowate w mózgu nie marzy o biurku czy pryzmie cegieł, ale o schabowym i hamaku nad jeziorem. Nieudacznik, to może zbyt surowe i radykalne określenie, ale skoro marzycielowi doskwiera zakład pracy, chce coś zmienić i wie co, to już jest dobrze. Nawet ze złotego kółka chomik ucieknie na zielone pole. Zebranie się na odwagę to często kwestia impulsu, negatywnego albo pozytywnego. Nie zawsze kropla, która przelewa czarę musi być gorzka. Niech on sobie marzy o tej szóstce, ale i planuje desant na inne dziedziny życia. Moim zdaniem, zawsze warto spróbować,  a jak się ma wsparcie wśród bliskich to w ogóle nie ma się co zastanawiać i walczyć o siebie. Swój sen, godność i osobowość. Firma jest wyciskacz wolnoobrotowy, jak dojdzie do skórki wyrzuci.  A zatem póty soku póki życia takiego jakiego się chce.

Mąż koleżanki rezygnuje z każdego urlopu – bierze go tylko formalnie, a pracuje dalej i robi to przez całe lata. Oczywiście jest wiecznym pracownikiem roku, na jego tle korporacyjni koledzy, którzy na swój urlop idą i potrafią mówić „Nie”, prezentują się blado. Pracodawca zaś ma argument dokładając im pracy, bo wskazuje na oddanego „przodownika”. Koleżanka zaprzestała walki o obecność  męża, organizuje sobie swój czas sama.  Wychowanie dzieciaków właściwie wzięła na siebie. Jest jakaś szansa, że uda się jej zmienić małżonka?

Tak- terapią. Kropka.

A co jeśli nadmierne poświęcenie pracy, zmęczenie nią, frustracje itd.  biorą się ze strachu przed zwierzchnikiem, który stosuje mobbing? Zdarzali się Panu pacjenci, którzy szukali pomocy w takich sytuacjach?

To, temat na kolejne i kolejne rozmowy.  Pomieszała Pani kilka koszmarów w jednej poduszce. Umęczenie, udręczenie, zastraszanie, upokarzanie, przemoc, agresję. W skrajnych przypadkach ofiary mobbera zawsze lądują w gabinecie psychologa, nierzadko psychiatry. Zachęcam każdą prześladowaną osobę o kontakt ze specjalistą. W gabinecie otrzyma nie tylko wsparcie, terapię i zrozumienie, ale także wskazówki jak rozwiązać sprawę na drodze prawnej. Proszę pamiętać, że mobbing jest karalny.

Jakie pytanie powinniśmy sobie postawić, by przekonać się, czy praca nie pochłonęła nas za bardzo? Regularne zabieranie pracy do domu lub codzienne zostawanie po godzinach

Jest takich parę elementarnych pytań. Czy : Potrafię rozmawiać czymś  innym niż praca? Mam czas dla rodziny i przyjaciół? Mam i realizuję swoich hobby? Wiem kiedy wstać od komputera, mam poczucie czasu pracy? Moja praca jest zawsze na pierwszym miejscu? Jest mi słabo na myśl, że mogę stracić kontrolę nad tym co się dzieje beze mnie w pracy? Nie wybaczam sobie żadnego błędu w pracy? Wściekam się stojąc w głupiej kolejce w sklepie zamiast pracować? Ostatni urlop to był dziekański?  Praca zastępuje mi rodzinę? Czy zapomniałem o ważnej rocznicy z powodu ważnego projektu. W razie wątpliwości zawsze można zwrócić się do specjalisty, do czego zawsze będą zachęcał i przekonywał.