Czuły terrorysta

Linia specjalna

Czuły terrorysta

 Podczas ostatniego wypadu z przyjació łmi, graliśmy z ich 7 – letnią córką w grę, którą można porównać do naszej starej, dobrej – w „państwa  – miasta”. W pewnym momencie, na hasło: zawód na literę T, dziewczynka wykrzyknęła: Terrorysta! Było potem sporo śmiechu, ale i ogólna smutna refleksja u dorosłych: ot, jakich czasów doczekaliśmy. I posypały się opowieści o różnych reakcjach na zagrożenie terrorystyczne: jedni znajomi wychodzą z założenia, że co im pisane, to będzie i wyjeżdżają do Egiptu. inni zrezygnowali z wysłania dziecka na obóz językowy do Londynu – wyszli z założenia, że wolą na zimne dmuchać. Co na temat naszych postaw, naszych obaw, może powiedzieć psycholog?

Śmiech, śmiechem, ale skoro siedmioletnie dziecko zna słowo terrorysta, to warto byłoby się zastanowić skąd zna to słowo, czy zna jego znaczenie. A jeżeli zna to w jakim kontekście zamachowca czy rozkapryszonego malucha manipulującego płaczem. I dalej czy się boi i zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji na świecie i jak to rozumie. Dzieci słuchając, oglądając wiadomości tłumaczą sobie na swój sposób zdarzenia. Dlatego bardzo ważne są rozmowy z dzieckiem, pytanie, tłumaczenie, rozwiewanie wątpliwości i strachów. Nie ograniczajmy się do filtrowania dzieciom filmów z przemocą, seksem i okrucieństwem. Wiadomości to też horror. Tym większy im wrażliwsze jest dziecko.  To od strony dziecka, a reakcje dorosłych na zagrożenie jest przeróżne, wynika z innych osobowości, doświadczeń, pochodzenia. Są gotowi na działania wojenne prepersi z piwniczkami pełnymi weków, nafty, soli i zapałek, są tacy co inwestują w złoto zaszyte w piankowym materacu. Albo tacy, którzy żyją od wakacji do wakacji i martwią się czy ich ulubiony pokój u pani Jasi na Mazurach będzie wolny. Jedni drugich nie rozumieją i podśmiewują się mniej lub bardziej otwarcie. Jako mąż i ojciec dwójki dzieci za żadne skarby psychologii nie pojechałbym do Egiptu z własnej woli. I ciągnął jeszcze tam bliskich. Skoro to kraj na liście niebezpiecznych to ja ufam specjalistom od terroryzmu, egiptologom itd. Mówienie „co ma być to będzie” to w tym przypadku trochę jak taniec na linie nad przepaścią. Jak mam spaść to spadnę, szwagier nie spadł to i ja może nie spadnę. Tylko po kiego grzyba włazić na linę skoro można pospacerować po murku piaskownicy? Oczywiście każdy ma prawo postępować i czuć jak chce, ale czasem warto się zastanowić i przekierować kółka walizek w inne rejony. A obawy będą, bo niestety terroryzm to nie legendarna czarna wołga, wymiatająca dzieci z podwórek po zmroku tylko fakt. Ze strachem jest trochę jak z bólem, każdy ma inny próg. Z wysyłaniem dzieci do Londynu jest podobnie ci od liny poślą i kupią plan miasta, drudzy zrezygnują i zatrudnią nativa. To że jesteśmy ostrożniejsi nawet wystraszeni to reakcja naturalna i dopóki nie przerodzi się w obsesję czy fobię nie ma się czym przejmować. Pomijam kwestię socjologiczno-polityczną, „im chodzi tylko o nasz strach”, „nie dajmy się”, „żyjmy jakby się nic nie stało” itd. W Polsce i do tego daleko od Warszawy i innych dużych miast jesteśmy pewniejsi pokoju. Kto podłoży bombę pod Biedronkę w Karlinie czy centrum handlowe w Koszalinie? Nawet warszawskie metro nie leży w centrum zainteresowania terroru. Co ciekawe, obawiamy się ekstremalnych islamistów będąc jednocześnie ultrakatolikami.

 

Kiedy odpowiadamy tylko za siebie, łatwiej nam podejmować decyzje. Także te ryzykowne. Ale rozumiem obawy i ograniczenia, które mogą stosować rodzice zabraniając dzieciakowi. Czy tylko ci nadopiekuńczy panikują przed wysyłaniem potomka np. do wspomnianego Londynu? Może to ci sami, którzy odchodzą od zmysłów gdy ich dorosłe już dziecko jedzie w dalszą podróż samochodem, czy – co gorsza – leci samolotem?

To, że po doniesieniach w Londynie, Paryżu rodzice panicznie się boją o dzieci jest naturalne i wcale mnie nie dziwi. Rodzice, których dzieci wypoczywają na Kaszubach czy w górach kiedy tylko usłyszą o tragedii w tamtych rejonach natychmiast, w stanie przedzawałowym, chwytają za telefon i sprawdzają czy ich pociechy żyją, są całe zdrowe i w porządku. Owszem, obawa jest, ale co innego wypuścić nastolatka na  górską włóczęgę, a co innego wysłać go miejsce, gdzie wybuchają bomby a ciężarówki tratują przechodniów. I nie ma to nic wspólnego z nadopiekuńczością. Z tą mamy do czynienia kiedy rodzice nie pozwalają dziecku na żaden samodzielny krok. Zakaz roweru, rolek, deski. Chleb bez skórki, kiełbasa od chłopa dobrze zmielona, lody tylko ciepłe, zero wyjścia na podwórko. Żadnych obowiązków. Jak będziesz niegrzeczny to pan cię weźmie, to mamusia zachoruje i umrze itd. Przenoszenie naszych lęków na dziecko zaowocuje wycofaną, zastraszaną niedorajdą, z perfekcyjnie wyuczoną bezradnością. Dotychczas mówiliśmy o lęku o dzieci, ale dzieci nawet te dorosłe tak samo martwią się o rodziców.  Im bardziej będziemy zapętlać się w strachu o dzieci tym bardziej potem one będą się bały o nas, o los zwierząt i całego świata. Lęk rodzi lęk. A lęk wiadomo, niszczy.

 

 Jak w takim razie radzić sobie z wakacyjnym lękiem o pociechę? Do zwykłych, towarzyszących nam od lat obaw o to, czy cało dojedzie, czy na obozie nie ukąsi go żmija itd. dochodzi strach przed tym, że nasze dziecko stanie się przypadkową ofiarą. Przyjaciele, których dziecko studiuje w Hiszpanii, regularnie kończą rozmowy telefoniczne ze swoją studentką w ten sam sposób: nie słuchaj muzyki przez słuchawki idąc ulicą, rozglądaj się uważnie w metrze, broń Boże nie czytaj, bo nie zauważysz stawianego obok pakunku, itd. Przesadzają? A może im samym ta mantra pomaga najbardziej?

Jeżeli się już wypuściło dziecko z domu w daleką podróż, nawet w tę do wsi za miastem to weźmy to na klatę i przetrwajmy jakoś. A już jakie będzie to jakoś zależy od nas. W czasie kiedy nie mamy fizycznie naszych pociech przy sobie zadbajmy o własną fizyczność. Niczym nieskrępowany seks, wspólne kąpiele, chodzenie w rozczłapanych kapciach i brudną głową, albo przeciwnie: spa na najwyższym poziomie, wszystko czego nie robimy bo nie ma wolnej chaty i trzeba trzymać pion i poziom, wie pani „wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni”.

Upominanie i udzielanie dobrych rad, wskazówek z nieśmiertelnym „czapkę zakładaj” pomaga rodzicom, buduje więź i poczucie niezmienności. Dzieci nie przyznają się, ale lubią słychać takich mantr. Kiedyś trzeba będzie wypuścić dzieci z  kojca, z małego pokoju, z mieszkania, miasta itd. Aż w daleki świat. Bardzo, ważne jest czy oddalenie się dziecka nie jest ucieczką z domu, byle dalej o żelaznych zasad, biadolącej mamy, okropnego rodzeństwa. Kiedy dochodzi do tego syndrom spuszczonego ze smyczy psa może być różnie. I to dla dwóch stron. Rodzice będą odchodzić od zmysłów co mu się może stać a młode będą tracić zmysły od próbowania nowego. Rozłąka wymaga przygotowania i to przez lata. Nauka pływania przez wrzucanie do głębokiej wody na szczęście odchodzi już do lamusa. Kiedy nasze relacje z dzieckiem są dobre, partnerskie, przyjacielskie i mądre łatwiej nam będzie przekazać mu jakich sytuacji unikać, jak się zachować, dokąd lepiej nie chodzić samemu, samej itd. Umówmy się na jeden sms dziennie z meldunkiem, omówmy się na jakieś hasła alarmowe itd. Nie epatujmy naszym strachem bo wyjazd będzie zmarnowany a my wykończeni.