Depresja jesienna

Linia specjalna

Depresja jesienna

Kiedy wydaje mi się, że łapię jesiennego „doła”, w ramach błyskawicznej terapii słucham sobie piosenki Tymona Tymańskiego i zespołu Kury pt. „Jesienna deprecha” i od razu wraca mi humor. Co prawda nieco czarny, ale chyba lepszy taki niż żaden. Ale ponoć jesienna depresja rzeczywiście istnieje jako jednostka chorobowa. To prawda?

„ Ból przemijania, choroby, wojna, rozpacz. Wszystkie ciemne strony życia, dręczą mnie” i tak dalej, fakt, nie jest łatwo. Jeżeli taka muzykoterapia działa to nie jest tak źle z pani dołem- klin klinem i spod koca do parku. Depresja jest jednostką chorobową i do tego cywilizacyjną.  A że depresjami jesień się zaczyna to też  prawda. Nazywa się dosyć złowieszczo: choroba afektywna sezonowa, ale uspokajam, że są metody by się z nią uporać. Jesienią dopada nas dół, apatia, ospałość, zastój intelektualny. To nawet stan, naturalny w naszej szerokości geograficznej, z tą różnicą, że niektórych ściska mocniej. W deszczu i na wietrze nawet wesołek milknie i szybciej dostrzega smutek drugiego człowieka. Nie sprzyjają nam równoleżniki, szybko robi się ciemno, do tego zimno i do lata daleko. A skoro ciemno do mózg otrzymuje sygnał do spania. Tylko jak tu spać po szesnastej i do tego w pracy?

 

 Jak rozpoznać czy nasz stan, to zwykł dołek psychiczny, czy już sezonowa depresja?

Przede wszystkim czas i intensywność odczuć. Jeżeli smutek, przygnębienie, obojętność na sprawy życia zewnętrznego, bezsenność trwa dłużej niż dwa tygodnie może to być sygnałem, że jest coś nie tak. Innym objawem depresji może być całkowity brak odczuwania przyjemności. Z czegokolwiek, nie smakuje czekolada, gulasz, kawa i zielona herbata. Nie cieszy nowa torebka ani buty, nie raduje wygrana ulubionej drużyny. Zainteresowanie seksem spada do zera. Tak jak innymi hobby. Pojawia się, nie wiadomo skąd, strach, poczucie winy i straty. Wilczy apetyt i zajadanie smutku. Tycie i bezsenność. Jestem beznadziejny, głupi, nikt mnie nie kocha, nic nie ma sensu, a do tego jestem gruby. Najlepiej zniknąć. Jeżeli pojawiają się „myśli o strzeleniu samobója” to wizyta u lekarza jest konieczna. Nie można ani bagatelizować smutku ani tym bardziej się obwiniać i z kulą w gardle brać się w garść, uśmiechać na siłę. Bo myśli dalej zostają. Osoba z depresją nie musi być ponurą wroną wśród rozświergolonych kanarków. Też świergoli, a potem wyje. Nie ma się co męczyć, lekarze, terapeuci naprawdę znają się na depresji i pomagają.

 

 Kto na nią zapada? Mężczyźni, kobiety? Kto jest na nią najbardziej  podatny?

Depresja jest emancypantką i  kobiety dopada szybciej i częściej (nawet dwa razy częściej). Ale mężczyźni też cierpią tyle, że rzadziej się do niej przyznają i podejmują leczenie. Duży chłop a płacze i się boi nie wiadomo czego. Jak wykopie rów, wytrzepie dywan to mu smutek minie w trymiga. Na depresję cierpią ludzie w każdym wieku, nawet  kilkuletnie dzieci. Czasem depresja jest maskowana przez inne choroby dlatego tak trudno ją rozpoznać. Namawiałbym w każdym przypadku na wizytę u specjalisty. Nigdy nie zaszkodzi, a rozmowa może okazać się przełomowa. Większość ludzi cierpi  i z obawy o etykietkę wariata, świra nie konsultuje się lekarzem. Zupełnie niepotrzebnie.

Dlaczego właśnie jesienią popadamy w przygnębienie (albo depresję). Na ile to powszechne zjawisko?

Powszechne jak pory roku i rosół na weselu. To normalne, że człowiek reaguje na warunki pogodowe. Ciepłe, długie, jasne dni nastrajają raczej pozytywnie ( bo letnia depresja też istnieje). Produkcja melatoniny na najwyższych obrotach, nawet jak  nie będzie idealnie to jakoś to będzie – myślimy z uśmiechem wystawiając twarz do słońca. A potem „znów październik i ta jesień” pstryk – nie ma słońca tylko wiatr łamie parasole i ducha.  Mieszkańcy krajów mało i krótko nasłonecznionych są bardziej narażeni na stany depresyjne sezonowe. Najgorsze są właśnie te przestoje w dostawie słońca, bo przecież w Afryce, Grecji też są depresje, ale to już inna historia.

 Co robić żeby się ustrzec przed jesienną depresją? Ruch? Dieta?

Zdecydowanie polecałbym  dobre, odpowiednie jedzenie. Nie mówię o diecie, bo ta się źle kojarzy, ale potrawy naprawdę potrafią czynić dużo dobrego. Przyjęło się, że jesienią możemy a nawet powinniśmy jeść tłusto, ciężko i staropolsko. Na deser słodko, słodko i oczywiście alkohol, najlepiej mocny, żadne tam parasoleczki i longi. A to błąd! Tłuste i słodkie potrawy powodują właśnie ospałość, lenistwo, niwelują chęć do jakiejkolwiek aktywności. I te barwy, brązowe, ciemne i bure.  Nasze potrawy jesienne powinny być pełne witamin, zwłaszcza z grupy B bo te wzmacniają układ odpornościowy. Dużo ryb , ich tłuszcz z kolei sprzyja wytwarzaniu serotoniny, która jest odpowiedzialna za nastrój. Nie zapominajmy o pełnoziarnistym pieczywie. Można pogryzać wszelkie orzechy. Byłoby dobrze, żeby posiłki spożywać regularnie, w swoim rytmie, ale regularnie. Jedzenie byle czego z doskoku sprzyja rozdrażnieniu, smutkowi, poczuciu winy, tyciu…brzmi znajomo, ale nie dajmy się. Pogromcą depresyjnych stanów, dołów, deprech, chandry jest ruch. Czysty, pierwotny fizyczny wysiłek. Obojętnie jaki, ale taki do zmęczenia. Znajdźmy sobie taki, który nam odpowiada (brydż i szachy się nie liczą). Ruch napędza produkcję endorfin czyli przez pot do uśmiechu.

 jak się leczy taki stan? Jak diagnozuje? Czy wystarczą jakieś spotkania terapeutyczne, czy też mogą się okazać niezbędne środki farmakologiczne?

Przede wszystkim trzeba już pogratulować odwagi i mądrości tym, którzy przemogli się i zgłosili do lekarza. To najważniejszy i niezbędny krok do wyleczenia. Diagnozę stawia się na podstawie wywiadu czyli rozmowy. Szczerej, długiej, oczyszczającej. Nierzadko jest to pierwszy raz kiedy pacjent może powiedzieć o tym co go trapi, co przeżył, jaka jest  jego sytuacja, o czym myśli i czego się boi. Granica między chandrą a depresją jest czasem subtelna, ale oczywiście do wychwycenia. Decyzję o leczeniu farmakologicznym podejmuje się wspólnie z pacjentem. Niektórzy boją się antydepresantów, że zmienią im psychikę, że staną się uśmiechniętymi zombie, że nie będą spać jak naćpane susły, że się uzależnią i do końca życia będą na prochach. Nic bardziej błędnego, farmakologia na szczęście ma do zaoferowania mnóstwo leków, które są jak na miarę. Rozmowy z terapeutą też mogą być pomocne, czasem wystarczą  tylko sesje czasem trzeba powiązać z lekami. Namawiałbym do rozmowy z lekarzem, psychologiem, nie ma nic do stracenia, a do zyskania szalenie dużo. Wielu pacjentów z depresją, w trakcie i po leczeniu żałowało, że tak długo męczyli się i „brali w garść” naprzeciw światu.