Dobre myśli, złe choroby

Linia specjalna

Dobre myśli, złe choroby

Rozmawiałam niedawno ze znanym trójmiejskim podróżnikiem Romualdem Koperskim który dopiero co przepłynął łodzią wiosłową Atlantyk. Pytałam go między innymi o to jak sobie radził z lękiem przed wielką wodą, przed niebezpieczeństwami, przed samotnością – również w kontekście zdania na siebie w razie choroby, wypadku itd.. Odpowiedział mi, że owszem, doznał w trakcie wyprawy  jakichś drobnych kontuzji, ale ze wszystkim sobie poradził, a co do chorób, to nigdy dotąd nie chorował,  bo … nie dopuszcza do swojej świadomości, że mógłby być chory. Był tak przekonujący, że uwierzyłam w siłę jego psychiki. Psychiki zdobywcy i niebywale pozytywnego człowieka. Ale chyb niewielu z nas tak ma, prawda?

Porusza pani bardzo skomplikowane i intymne sprawy. Subiektywnie niemądre, obiektywnie wskazane, udowodnione i obalone. I na wszystkie możliwe podejścia do tematu. Nie ma i nie będzie jednoznacznej odpowiedzi na moc czy słabość pozytywnego myślenia. Ocieramy się nawet o cud. Każdy jest  inny. Inaczej reaguje przeciwności losu, na choroby swoje i bliskich. Gratuluję temu panu hartu ducha i zdobywanych rekordów i życzę mu oczywiście zdrowia i siły. Owszem, może być przykładem dla tych którzy zmagają się ze słabościami, szukają wymówek żeby tyć przed telewizorem. Ale też niedoścignionym mistrzem, który chorobie się nie kłania. Okej to teraz będę jak on i nie dopuszczę, żeby choroba, na którą umarło trzy czwarte rodziny ze strony mamy i taty dopadła i mnie. I biegam, pływam w przeręblu, jem bio kasze i niepryskane jabłka z robakami. Potem okazuje się, że jednak dziad zalągł się w moich komórkach, chociaż wyraźnie mu zakazałem i nie przyjmowałem dom wiadomości, że w ogóle jest. Moja wina, jestem do kitu. Psychika jest bardzo, bardzo ważna, ale nie jestem przekonany, że w stu procentach działa profilaktycznie i leczniczo. Trochę, przypomina to dzieci, które zamykają oczy i myślą, że są niewidoczne. Zmierzam do tego, żeby nie winić swoich myśli za chorobę. Gdyby za choroby odpowiadało nastawienie nie byłoby dziecięcych oddziałów onkologicznych, neurologicznych i innych. Nie dajmy się zwieść, że wystarczą dobre myśli, żeby nie dopuścić złej choroby.

Czy to możliwe, że nasza psychika może ściągnąć na nas „cielesną” chorobę? Czy możemy np. tak bardzo bać się raka, że ściągniemy go na siebie jak samospełniające się proroctwo?

Są tacy, którzy w to święcie wierzą, w to że „wykrakali” i są chorzy. Albo ich bliscy. Samospełniające się proroctwo bardziej sprawdza się w życiu osobistym, biurowym, szkolnym, zawodowym. Do niczego się nie nadaję, nie lubią mnie, na pewno mnie zwolnią, jestem tak beznadziejna/ny, że nic mi się nie uda. To jak myślimy w potężnej części zależy od tego jak zostaliśmy wychowani, jaki przekaz wdrukował się nam w dzieciństwie. Potem jak traktowali nas rodzice, czy wzmacniali pozytywnie czy karcili i porównywali z innymi „lepszymi” dziećmi. To przerażające ile złego rodzice robią swoim nakarmionym, dobrze ubranym skarbom przekonując ich, że do niczego nie dojdą bo są tępe, leniwe i brzydkie. Bo nie są na dziesiątkę. Dodajmy do tego przemoc fizyczną i alkoholizm czy pijaństwo mamy przykład zakompleksionej, zahukanej, sadystycznej osoby. Piekielnie pracowici żeby udowodnić pijanemu  domowemu tyranowi, że jednak nie miał racji, że jest wart jego miłości. Co do ściągania chorób cielesnych strachem, to prędzej ściągniemy biegunkę niż glejaka albo SM. Naukowcy, szarlatani, uzdrawiacze, bioenergoterapeuci, druidzi, jogini obu półkul nie akceptują swoich metod uzdrawiania/leczenia, powstawania/ściągania chorób. Każdy ma swoje racje, żywe bądź martwe dowody. Cały czas walka między „szkiełkiem i okiem”. A pośrodku człowiek, który ma nadzieję, że wyzdrowieje, albo chce mieć pewność, że witamina C spożywana przy pełni księżyca pomoże lepiej niż antybiotyki czy chemia. Potęga leczenia myślą może być czymś w rodzaju onkologicznej loterii, co któryś los wygrywa. 

A jeśli już dowiadujemy się o ciężkiej chorobie – znów na myśl przychodzi mi przede wszystkim choroba nowotworowa – jak znaleźć w sobie siłę do walki? Wiarę w zwycięstwo? Przecież nawet z TV co chwilę słyszymy o kolejnych osobach, które „przegrały walkę z rakiem”. Trudno nie zadawać sobie pytania: „dlaczego mnie miałoby się udać?”  

Nie lubię określenia „przegrać z rakiem.” Co to ma być? Wielka ojczyźniana, bitwa o złoty pas, zmagania na macie? Pewnie, że choroba jest paskudna, bezwzględna, nie oszczędza człowieka i faktycznie atakuje, i faktycznie organizm stacza z nią bój. Ale, na litość, nie mówmy o tych, którzy już nie cierpią, że przegrali. Łatwiej powiedzieć, że przegrał, niż, że umarł. To jeszcze jedna strefa tabu. Spotykałem pacjentów, którzy nie mieli ochoty na walkę z rakiem i zaniechiwali leczenia. Mieli takie prawo? Mieli. Większość osób z chorobami nowotworowymi godzi się na kolejne terapie, by nie zrobić przykrości bliskim. Równie wyczerpujące dla obu stron jest udawanie, że się nie wie, że się walczy i inne konfiguracje. Motywacja zdrowienia jest ważna. Tak samo, jak pozytywne nastawienie do świata w ogóle. Wśród zwolenników potęgi wpływu myśli na życie i zdrowie jest pewien rosyjski ezoteryk, twórca ezoteryki karmicznej. Jego zdaniem, mówiąc prosto, złym słowem, urokiem, złorzeczeniem można sprowadzić wszystkie choroby świata. Kolejne doniesienia, pisma, artykuły, strony www nie z tego świata, radosne świadectwa typu „przez tydzień jadła stokrotki – wygrała z rakiem”, „przez miesiąc oglądał filmy z pluszowymi misiami – lekarze nie mogli się nadziwić” i tego typu. Jeżeli ma się udać to się uda. Nie mam zamiaru nikogo przekonywać o  szkodliwości pozytywnego myślenia, zakazywać modlitwy i uśmiechu nad kroplówką. To wszystko przynosi ulgę i pomaga w znoszeniu cierpień. Lekarze sami mówią, że nastawienie pacjenta wpływa na proces zdrowienia. 

Kiedy pojawia się, potwierdzona(!) diagnoza dobrze jest by nazwać emocje, jakie nam wtedy towarzyszą, postarać się powiedzieć o tym komuś bliskiemu, przyjacielowi. Naturalnie na początku pojawia się strach. Paraliżujący, demotywujący, odbierający oddech i myślenie. To  jednak mija i pojawia się  myślenie bardziej racjonalne. Ustala się „plan” na leczenie, radzenie sobie z cyklem chorowania, z procedurami. Warto też uświadomić sobie czego tak naprawdę się boimy, co najgorszego może się wydarzyć. I powiedzieć  swoich obawach lekarzowi. Zresztą w zależności o jakiego typu szarpią nas wątpliwości, lęki tam je wygaszajmy i wyjaśniajmy. Może się okazać, że nasze wyobrażenia  o terapii i chorowaniu, oparte na filmach i kampaniach społecznych, nijak się mają do naszego przypadku. Będę powtarzał do znudzenia: każdy przypadek jest inny. Zawsze można porozmawiać, przegadać, pomóc.  

Mówi się, że gdy w domu ktoś zapada na chorobę nowotworową, choruje cała rodzina. Jak pomóc osobie bliskiej, która walczy z chorobą? Jak pomóc sobie przetrwać ten czas tak, by chory miał w nas wsparcie, a nie kogoś kto go jeszcze bardziej przygnębi? Z drugiej strony nie sposób przecież pocieszać bagatelizując  chorobę, bo nie o to tu chodzi.

Ale przecież przygnębienie to naturalne uczucie. Nawet wskazane i nie ma sensu żeby go nie okazywać. Nie udawajmy, że nic nie wiemy. Niech nasz smutek będzie bardziej  na zasadzie, „tośmy sobie popłakali” a teraz zacznijmy życie z chorobą. Nie róbmy z chorego nietykalnej figurki, dziecka, któremu wszystko wolno. Nie myślę o terminalnie, obłożnie chorych. Pacjenci, którzy chorowali na raka zawsze mi mówili, że najbardziej wkurzała ich litość bliskich, chodzenie na paluszkach i unikanie tematu choroby. Niektórzy delikatność  i  czarowanie rzeczywistości posuwali do absurdu i mówili „ten co chodzi tyłem”. To dopiero było chore. A do tego męczące dla chorującego, który nie mógł spokojnie rozdysponować (w razie gdyby co) pamiątek, płyt, zegara po pradziadku. Czasem wystarczy być i rozmawiać. Mówić też o swoich problemach. Nie bójmy się też tego, że jesteśmy szczęśliwi, że spotkało nas coś dobrego. Kiedy już będziemy mieli dość zwróćmy się psychoterapeuty.

Koleżanka powiedziała mi kiedyś, że bardzo chciałaby odwiedzić naszą wspólną znajomą chorującą na zaawansowany nowotwór, ale nie wie jak miałaby z nią rozmawiać. A jeśli pojawi się temat śmierci? Strach przed tym spotkaniem ciągle wygrywa z poczuciem winy, że nie jest w porządku. Jak się w takiej sytuacji odnaleźć?

Wziąć głęboki oddech i ją odwiedzić. Zakładam, że ta znajoma wie, że ma raka. Ona ma więc to przepracowane i wie jakie są rokowania. Przyjmuję też, że nie robi ze swojego stanu tajemnicy. Zatem najgorsze już ktoś za pani koleżankę zrobił. Teraz śmiało  niech bierze fajną książkę czy płytę z fajną muzyką, fiołki i idzie. Reszta pójdzie sama, zawsze tak się dzieje. Nie ma co kombinować. Wbrew pozorom rozmowy i śmierci mogą być śmieszne i oczyszczające. Chorzy nieuleczalnie są mistrzami z kpin ze strachu zdrowych przed śmiercią. Jeżeli  koleżanka aż tak się boi i zżera ją poczucie winy, to może niech zadzwoni i spyta kiedy mogłaby przyjść bo zwyczajnie w świecie chciałaby ją zobaczyć, przytulić i pogadać. Może być i tak, co trzeba uszanować, że koleżanka nie jest aż tak bliska jak się zdaje i akurat jej odwiedziny nie muszą być ostatnim ptaszkiem na „bucket  list”.