Dzieci – gęsi, kiedy rodzice zmuszają do jedzenia

Linia specjalna

Dzieci – gęsi, kiedy rodzice zmuszają do jedzenia

Wszystko ma zniknąć z talerza! Nie wstaniesz od stołu dopóki nie zjesz kotleta! Zjedz bo to zdrowe, pyszne, potrzebne. Masz chcieć bo ja tak chcę. Jak nie zjesz to będziesz chory, mamusia będzie chora, babcia się zmartwi a Bozia będzie płakać. Albo zwyczajnie cię zleję. A jedyne co może przełknąć dziecko to łzy niemocy.

Powiem to od razu i bez owijania w serwetkę: zmuszanie dzieci do jedzenia jest przemocą. Straszenie, wiązanie, bicie, szczucie, krzyczenie, pozostawienie samo sobie nad posiłkiem, odmawianie przyjemności i prawa do odmowy jest agresją domową. Przemocą są też niby łagodne, niby sprytne, metody wprowadzenia do przewodu pokarmowego dziecka żywności wbrew jego woli. Dawanie do zabawy telefonów i tabletów, włączanie bajek, zagadywanie, śpiewanie, przebieranie, wygłupianie, robienie min, karmie misiów, lalek itd. Rodzice, opiekunowie zrobią wszystko by do żołądka wielkości filiżanki trafił bawarski kufel. Każdy połknięty kęs to sukces spożywczy, ale klęska wychowawcza.

Talerz pełen łez

Niemowlęciu, które zna tylko smak mleka, matki pozostawiają pełną dowolność w dostępie do jedzenia. Kiedy płacze to je. Kiedy jest najedzone śpi, potem się uśmiecha, rozkosznie gaworzy, bawi się grzechotkami. Kiedy jest głodne płacze i  znowu daje sygnał do posiłku. Matce nie przyjdzie do głowy żeby przerwać tarmoszenie kocyka, drzemkę albo obserwację stóp żeby wtłoczyć w malucha porcję mleka. Tak jest u ssaków, także ludzkich. Kłopoty zaczynają się, kiedy do jadłospisu dziecka wprowadzamy nowe smaki. A te nie zawsze przypadają dziecku do gustu. Poza tym dzieci mają różny apetyt. Jedne jedzą chętnie i wszystko. Inne mają swoje preferencje, jeszcze inne zwyczajnie nie lubią jeść i jedzą mało. Słaby apetyt doprowadza matki do łez, rozpaczy, złości, wściekłości. I przemocy. Przecież ono nic nie je! Jest takie chude, blade i wątłe. Jakby mogło to by nic nie jadło. Niestety nie może, bo władza dorosłego rozciąga się także nad talerzem. Dziecko ma obowiązek zjadania tego co troskliwa mama mu  poda. Ze smakiem i uśmiechem na umorusanej sosikiem buzi, i  jeszcze poprosić o dokładkę. Bez grymasów. Rodzice w trosce o właściwy i zdrowy rozwój  dziecka  nie liczą się z jego zdaniem, preferencjami smakowymi, objętością żołądka, rytmem przemiany materii. Przykładamy swoją, dorosłą miarkę i nie wyobrażamy sobie, żeby  nie chcieć zjeść zupy, kotleta, ziemniaków, surówki i kompotu. I chociaż na wczesnoporanne śniadanie nie przejdzie nam przez gardło nic oprócz kawy i małego twarożku, to dzieciom serwujemy miski kaszek na pełnym mleku, bułczyska jak na górniczą szychtę i góry jajecznic jak Giewont. Nie obchodzi nas, że dzieci nie mają apetytu w czasie karmienia, nie przyjmujemy do wiadomości, że za apetyt przyjdzie za godzinę. I wtedy dziecko zje z apetytem i przyjemnością. Nie godzimy się na fanaberia. Z obawy o życie(!) dziecka. Przecież on jakby mógł to by nic nie jadł! Żal miesza się z troską  i złością. Dorosły pokazuje więc na co go stać i kto tu rządzi. Bezceremonialnie wkracza w jedną z najbardziej osobistych sfer dziecka. Zaburza jego spokój, komfort, poczucie bezpieczeństwa i miłości. Zmusza do żucia, przełykania, czucia smaku, konsystencji i zapachu. Dziecko zmuszane do jedzenia jest nieszczęśliwe i krzywdzone. Ale jak to u przemocowców bywa, na nic zdają się łzy, prośby i spazmy. Nie wyjdziesz z kuchni póki nie zjesz tej cholernej kanapki! Zrozpaczone dziecko nie może liczyć na pomoc, bo rodzice trzymają wspólny front albo ulegają woli zarządcy komendanta stołu. W końcu poddaje się i po kilku godzinach walki z obrzydzeniem zmusza się do zjedzenia znienawidzonej parówki. Wtedy może wstać od stołu i przytulić się do mamy, która jak gdyby nic się stało obsypuje swój skarb pocałunkami. Zuch chłopak, moja myszka kochana itp.

Ja cię karmię a ty w krzyk?

W historii pediatrii nie znalazł się ani jeden przypadek śmierci głodowej dziecka w domu pełnym jedzenia i z nieskrępowanym do niego dostępem. Kiedy niemowlę jest głodne, samo znajduje drogę do piersi mamy i zaspokaja głód. Tak samo jest z dziećmi, kiedy zgłodnieje a zgłodnieje na pewno, samo poprosi o jedzenie. Wówczas będzie to dla niego i przyjemne i naturalne. Ingerowanie w cykl głodu dziecka, zaburza je czyniąc w organizmie i psychice dziecka poważne szkody. Zmuszanie do jedzenia może być przyczyną otyłości, anoreksji, bulimii. Pozbawia dziecko poczucia bezpieczeństwa i  własnej wartości. Zaburza relacje z rodzicami i światem. Wykrzywia postrzeganie kary i nagrody. Jedzenie staje się zatem karą i jednocześnie jedynym, według dziecka, sposobem by zasłużyć na miłość i akceptację rodziców.  W imię miłości, często ze strachu, umęczone i bezsilne codziennie podejmuje trud gryzienia, przełykania i czekania na cud. Żeby chociaż przyszedł pies z ciocią, albo dziadek w swetrze z kieszeniami. Nie rozumieją dlaczego najbardziej kochane osoby są jednocześnie tak okrutne. Przecież mama i tato też nie zawsze  wspólnie jedzą. Mama nie cierpi tej małej kapustki a tato woli wypić tę herbatę z pianką niż zjeść zupę.

Zanim zaczniemy wmuszać w dziecko dorosłe porcje jedzenia przeanalizujmy co zjadło w czasie dnia. Może się okazać, ze przekąski, pochrupki i przegryzki są całkiem spore. I objętościowo, i kalorycznie, i odżywczo. Pozwólmy naszemu dziecku cieszyć się z jedzenia. Nie zmuszajmy do szpinaku, naciowego selera i królika w marchewce. Owszem, starajmy się by poznawało nowe smaki, ale nie siłowo. Dajmy mu czas. Ilu z nas, z ręką na żołądku, może powiedzieć, że lubi jeść wszystko, wszędzie i zawsze? Krewetki, tatar, kasza gryczana, zimny kisiel, gorące kożuchy, owocową zupę, wątróbkę ze szpinakiem. Przypomnijmy sobie co czuliśmy na proszonym obiedzie u przyszłej teściowej, kiedy na stole pojawiła się jagodowa z makaronem  w dwulitrowych talerzach ( w miejsce jagodowej można wyobrazić sobie inną potrawę) ?  Oczywiście dramat, ale honorowo łykami i modlimy się żeby nie spotkało nas to nigdy więcej. A naszemu dziecku okrutny dzień świstaka fundujemy codziennie. Niepotrzebnie. Sprawmy, żeby kuchnia przestała być miejscem egzekucji a posiłki cieszyły. Bez względu na wielkość porcji.

Jacek Pawłowski