Na kredyt

Linia specjalna

Na kredyt

Dziś mieliśmy rozmawiać o życiu na kredyt. I tym dosłownym i przenośnym. O tym, dlaczego dajemy się zapędzić w kozi róg hołdując zasadzie zastaw się, a postaw się itd.

Tym wprost to wiadomo: banki, kursy franka, spadek złotego (żeby tak waga chciała spadać), ponaglenia, monity, bezsenność, kombinowanie, śledzenie miny szefa (zwolni nie zwolni) itd. W kontekście przenośnym przychodzi mi do głowy kredyt zaufania i związane z nim pułapki i bessy. Zawiedzione zaufanie  temat na zupełnie inną rozmowę. Zostańmy przy kredytach policzalnych, procentowych i materialnych. Jestem przekonany, że każdemu przynajmniej raz łatwiej było się zastawić i postawić niż przyznać się do tego, że nas nie stać. Kiedy przy kasie okazuje się, że krem do rąk kosztuje nie dwanaście i dwadzieścia złotych, że promocja obejmuje ser pleśniowy a nie kozi – głupio nam powiedzieć to jest za drogie. Proszę zwrócić uwagę, że trudniej nam odmawiać „luksusom” kiedy okazuje się, że są droższe. Kiedy okaże się że jajko od szczęśliwej kury kosztuje dwa złote  mówimy, że mamy swoją babę z jajami po złotówce. Wstydzimy się wchodzić do „drogich” sklepów bo się boimy, że nas będą oceniać i traktować z góry. Więc niektórzy biorą chwilówkę, głęboki oddech i kupują ekskluzywną rzecz ze znudzoną miną bywalca, a potem spłacają z zębami w mortadeli kozaki za tysiąc złotych plus wkładki z cielęcej skórki. Zastawiamy się też, by doszlusować do reszty. Szczególnie wyraźnie widać to wśród dzieci i młodzieży. Od przedszkola zaczyna się  giełda barbiów, klocków lego i  dresików w księżniczki. Potem jest jeszcze gorzej: telefony, kosmetyki, markowe ciuchy, oprawki okularów, buty, torebki. Całe targowisko próżności. Wśród dorosłych też nie jest lepiej, w biurach, korporacjach, firmach. Trzeba trzymać pachnący pion i bywać. Jeździć na narty do Lovigno i zwiedzać Barcelonę żółtym tramwajem. Samochód też musi być na wypasie a urządzenie mieszkania w cenie kredytu na nie. Wszystko z najwyższej półki. Dajemy się też ponieść łatwości otrzymania kredytu. Zapatrzeni w zera na umowie nie myślimy co będzie potem, bo przecież jakoś to będzie, i damy radę, przecież mamy pracę. Tysiąc czy dwa tysiące miesięcznie nie gra już roli. W perspektywie mamy marmury w łazience, ręcznie robione kafelki w łazience, inteligentną lodówkę, ekspresową zmywarkę i kosmiczny ekspres do kawy retro design ultra high. I bezcenne miny przyjaciół i rodziny kiedy zobaczą te salony. Mówię tu o kredytach ekstremalnych, bo są też inne – sąsiedzkie  pożyczki, niepłacenie rachunków, przesuwanie rat itp. Wszystko by kupić prezent żonie, babci, żeby urządzić  pierwszą komunię świętą  czy osiemnastkę.

Dożyliśmy czasów, w których większość Polaków żyje na kredyt i to nie tylko ten mieszkaniowy, który sama zresztą spłacam. Łatwo wpadamy w pułapkę kart kredytowych, którymi kuszą banki itd. Kiedy powinien nam zadzwonić dzwonek alarmujący, że coś jednak z nami nie tak?

Kiedy wezwań do zapłaty jest więcej nich poupychanych rachunków za absurdalne zakupy. Kiedy debet spłacamy pożyczką, na spłatę której bierzemy kredyt, by potem na spłatę skonsolidowanych długów wyprzedawać się ze wszystkich cennych rzeczy. Albo ryzykując rozpad rodziny jedziemy do Norwegii patroszyć kurczaki. Ofiar takich zapętleń, spirali długów i bezsilności w jest coraz więcej. Co raz częściej też trafiają do gabinetów psychologów i psychiatrów. Nie kusiłbym się tu o wskazywanie winowajcy, ale łatwość w pożyczaniu pieniędzy  jest szalenie łatwa. Pożyczają banki, parabanki, firmy pożyczkowe i banki- krzaki. Na dowód, na PIT, pod zastaw i pod co tam jeszcze. Kuszeni szerokim uśmiechem  i zapachem kawy  bierzemy pieniądze i nie czytamy drobnego druku na umowie. Reklamy też są sprytne, namawiają ulubieni aktorzy, przystojniaki i komediowi. Na kredytach znają się nawet kilkuletnie dzieci i sportowcy. A nawet zwierzęta. Nic dziwnego, że ulegamy. Kredyt jest, jak  zapach pieczywa  dla głodnego klienta supermarketu – działa.  Alarm powinien się odezwać, kiedy obrastamy w przedmioty, ubrania, gadżety. Kiedy przybywa ich systematycznie i lawinowo. Kiedy nie odbieramy telefonów z banku, niszczymy awiza i poprawiamy sobie nastrój kupując wolnoobrotową wyciskarkę do soków.

 Kiedy możemy już mówić o uzależnieniu?

Na pewno wtedy kiedy coś tracimy, kiedy kogoś krzywdzimy, kiedy cierpimy my. Kiedy nasze zakupy, te duże i małe są najważniejsze. Gdy to „jak nas widzą” jest wartościowsze od tego nas czują i jak czujemy się my.  Jest jeszcze zakupoholizm, ale to zupełnie odrębny problem, który też  wiąże się z długami i rozkosznym, zdradzieckim plastikiem. Łatwiej przyłożyć kartę do czytnika niż płacić żywą gotówką za coś kompletnie niepotrzebnego.

Dzieciaki męczą rodziców o markowy ciuch, albo modny gadżet, bo „prawie wszyscy już mają i tylko ja jeden nie”. Pewnie wszyscy pamiętamy z dzieciństwa jakieś horrory odrzucenia przez grupę najmniej zamożnych uczniów itd. Mimo to w dorosłym życiu chyba ulegamy tym samym mechanizmom – wezmę super furę na kredyt, a od razu zbliżę się do grona wybranych i pożądanych. Co gorsza, okazuje się, że to działa więc brniemy dalej. Najprościej byłoby powiedzieć – to dotyczy słabych, zakompleksionych, głodnych akceptacji za wszelką cenę. Czy rzeczywiście?

Gdybyż to była kwestia tylko kompleksów przemysł motoryzacyjny by padł. A przynajmniej mocno podupadł. Jest w nas ochota przypodobania się, poprawienia wizerunku, wynagrodzenia za gorsze dzieciństwo, za siedem lat chudych, trwających lat dzieści. To bardzo złożona i delikatna kwestia. Owszem, są tacy, którzy furę kupują żeby się pokazać, udowodnić, wzbudzić, zdobyć. Mieć. Nawet kiedy  już wjedziemy tym BMW do towarzystwa okazuje się, że więcej tam szpachli niż blichtru, który tak imponował. I wycofujemy się  bez żalu i nauką, że nie było warto. Tego samego próbujemy uczyć nasze dzieci, ale tu jest trudniej, bo dzieci są bardziej okrutne i bezwględne w ocenach. To nawet nie jest ich winą, takie wzorce wynoszą z domu, z seriali i wirtualnego świata. Odwieczna walka „być czy mieć” ma coraz mniejszy sens bo wszechobecne mieć nawet na kredyt zmiata biedne być.

Niedawno żyjący z dnia na dzień kolega, oznajmił w większym gronie, że nie ma żadnego kredytu: „ jestem wolnym człowiekiem”, powiedział z dumą. „Ale mieszkasz w mieszkaniu matki, jeździsz w autobusowym tłoku i przede wszystkim,  nie masz zdolności kredytowej” odparował mu z wyższością ktoś z uczestników imprezy, a pozostali „zakredytowani” wyraźnie odetchnęli z ulgą. Ale niepokój pozostał …

I niepokój będzie rósł z każdym miesiącem, z każdym nowym pracownikiem w firmie czy sytuacją w Kuwejcie. Zresztą co to jest: „nie masz zdolności kredytowej”? Czyli co, jesteś gorszy, głupszy, biedniejszy, nic wartym posiadaczem miesięcznego biletu? Wielu zapętlonych z przyjemnością zamieniliby miesięczne kosmiczne raty na rattanowy fotelik na balkonie mamy i ów miesięczny bilet. Tu znowu starły się dwie szkoły. Życia w  kredytowym mieszkaniu i żaluzjach na pilota z egzystencją w pokoiku z koszalińskimi meblami i brzuchatym telewizorem. Ten bez kredytu ma luz finansowy, żyje tak jak sobie urządził, a jednak „bywa” wśród kredytowców, jest zapraszany, więc chyba aż tak źle ani z nim ani z dłużnikami nie jest.

Pofantazjujmy – jest szansa, że w Polsce modny stanie się coraz modniejszy na świecie minimalizm? 

Jest i to duża, ale nie będzie to znaczyło, że będzie mniej kredytobiorców. Minimalizm może być równie kosztowny co barokowe wystroje rosyjskich magnatów. Mniej nie musi znaczyć taniej. Dalej będzie się liczyć marka, logo, nazwa i trend. Minimalizm przedmiotów będzie rekompensowany maksymalnym hedonizmem spożywczym na przykład. Eko, bio  w szarym papierze, szklanej butelce i lnianej torbie fair trade. Do minimalizmu rzeczy trzeba też dojrzeć. Dokonać wyboru, co zostawiamy, co oddajemy, co wyrzucamy. Najgorzej mają sentymentalne chomiki archiwiści. Gromadzą roczniki gazet, opakowania z PRL-u, ubrania z dzieciństwa, i te na „po schudnięciu”, popsute radia, niechciane prezenty, nudne książki, szkolne zeszyty, dziesiątki pomarańczowych koszulek i wypisanych długopisów. Do tego figurki, wazoniki, doniczki, skrawki mydła, przesiane pościele i ręczniki. Wszystko się może przydać. Minimalizm jest bardzo wskazany dla porządku duchowego. Jasne, że trudno pozbyć się rzeczy, ale jest jeden sprawdzony sposób. Dobieramy się w pary albo kilkuosobowe grupy i przystępujemy do kasacji. Przyjaciółka, przyjaciel  stoi nad nami i pomaga nam decydować co zostaje. Im bardziej kocha nas tym bardziej potrafi być bezwzględna,  i o to chodzi. Potem zmiana, my idziemy do niej i dokonujemy odwetu, czyszcząc z rzeczy jej mieszkanie.