Pomocy, pomocy

Linia specjalna

Pomocy, pomocy

Niemal tydzień po WOŚP, może więc porozmawiamy o pomaganiu? Są akcje , takie jak właśnie WOŚP,  działania Caritasu, czy Szlachetna Paczka,  na które chętnie się otwieramy. Większość z nas „wchodzi” w nie. Chętnie sięgamy do portfeli. Ale też wspomagamy zbiórki na konkretne chore osoby, nawet na zwierzaki. Czy można z tego wysnuć teorię , że większość z nas lubi pomagać?

Nie byłbym taki optymistyczny, że większość pomaga. Gdyby to była faktycznie większość to nie byłoby skrajnej biedy, ubóstwa, przemocy czy bezdomnych. Nie byłoby dramatycznych apeli o pomoc w ratowaniu życia i zdrowia. Zwierzętom żyłoby się dostatnio, ciepło i syto. Owszem, słyszymy często, że udało się zebrać kosmiczne pieniądze na zagraniczną operację, że ktoś wybudował dom pogorzelcom czy ocieplił budy psom  we wsi. Jednak w skali potrzeb to jednak niewiele. Pomaga coraz więcej osób, ale to ciągle nie jest większość. Myśl jest bardzo kusząca. I wobec zrywu wielkoorkiestrowego jak najbardziej uzasadniona. W czasie wielkich zbiórek łatwiej o datki bo się niejako poczuwamy do wrzucenia czegoś do puszki, nawet kiedy są to żółte klepaki. Dołożyłem swoją wprawdzie cienką cegiełkę, ale zawsze coś, stałem się członkiem wielkiej dobroczynnej rodziny. Mam serduszko, jestem w orkiestrze. To mnie Jurek dziękuje. To jedna grupa,  z drugiej strony są ci wszyscy zapaleńcy i styczniowi i całoroczni. Ci, którzy pomaganie mają we krwi i nie wyobrażają sobie innej postawy. Pomagamy bo lubimy, bo wtedy sami jesteśmy lubiani, bo tak wypada, bo trzeba, bo dajemy się ponieść, bo taki mamy kaprys, bo się chcemy odwdzięczyć itd. Motywacji pomagania jest naprawdę dużo. Zdaję sobie sprawę, że niektóre motywy, które podałem mogą urazić, rozzłościć  czy obrazić rzesze wolontariuszy, dawców i pomagających, ale grupa pomagających nie  jest monolitem jak cokół pomnika przywódcy. Zresztą tak naprawdę to motywacje niech pozostaną w sferze akademickiej definicji. Ważna jest pomoc, cel i efekt. Wobec tego motywacje nie są istotne.

A czy przypadkiem nie  jest tak, że biorąc udział w zbiórkach publicznych, trochę uspokajamy własne sumienie – no bo zawsze możemy sobie powiedzieć, dałem na jakiś cel parę złotych, zrobiłem coś dla ludzkości, mogę spać spokojnie – może nawet: „dobry ze mnie człowiek”.

Nawet jeżeli część z dobroczyńców chce uspokoić sumienie to już jest dobry znak, że to sumienie w ogóle mają! Nie zawsze czyste jak okna na Wielkanoc, ale mają. Nie sądzę żeby korzystającemu z pomocy przeszkadzało, że do jego szczęścia, zdrowia czy życia dziecka dołożył się niegodziwiec, który głodzi psa, dodaje gazu na pasach i nie segreguje śmieci. Pomaganie jest jak lustro, jedni widzą srebrną gładź inni patrzą na matową drugą stronę. I bardziej szukają tam Królowej Kier niż Kota z Chesire.   Ale to na szczęście nie wybija z rytmu pomagania, nie zniechęca wolontariuszy i ofiarodawców. Robią swoje i już. Pomaganie może się wydawać podejrzane, bo z reguły jest na zasadzie” coś za coś” nawet jeśli nieświadomie.  Ale o tym pisali już psychologowie, filozofowie i naukowcy z Darwinem na czele.

Ale są też osoby, którym wsparcie finansowe od czasu do czasu to nie wszystko. Ruszają w bój chcąc zmieniać świat. Taka wiara to głównie domena młodości, ale znamy też osoby całkiem dojrzale, które potrafią poświęcać swój czas i kawał życia dla innych. Można ich po prostu zaszufladkować do bardziej wrażliwych, może  nadwrażliwców?

Młodości, bo od młodego się zaczyna, bo właśnie wtedy skorupka wolontariusza nasiąka i trąca na starość prezesami fundacji, hospicjów i organizacji dobroczynnych. Dojrzali pomagający dorastali w środowisku pomocowym i przekazują to dalej. Jednak może być i inna sytuacja, kiedy wolontariusz „nie wiadomo w kogo się wrodził”. Bo bojownikiem dobra można się po prostu urodzić, wtedy to już kwestia osobowości. Jedni mają altruizm w genetycznym pakiecie inni muszą się uczyć.  Altruistom pomaganie przychodzi tak naturalnie jak  Włochom picie espresso. Tych urodzonych dla czynienia dobra nie nazwałbym raczej nadwrażliwców bo tych krzywda bardziej paraliżuje i odbiera chęć do życia  i działania niż gaszenia lontów dział czapką. Moim zdaniem to kwestia większej empatii – współodczuwania, stawianie się na miejscu potrzebujących. W tym sensie wrażliwości mogę się zgodzić. Przecież bez zrozumienia potrzeb drugiej istoty nie można mówić o pomocy. I to jakiejkolwiek. Nie zawsze na zasadzie „syty głodnego nie zrozumie”, chociaż pomagających jest całe mnóstwo osób niezamożnych. Mówię tu o wymiarze pieniężnym. Takim zwyczajnym, za który można coś kupić. Od dawna słowo „pieniądze” jest  czymś wstydliwym  wręcz niewłaściwym. Zbierane są „fundusze”, „środki finansowe” czy nieszczęsne „pieniążki”. Podczas pieniądze są naprawdę ważne i nie ma nic niewłaściwego ani  w tym, że się o nie prosi, ani w tym że się je zbiera i nic złego, że się je ma. Pomaganie to oczywiście także działanie bezkwotowe. Sąsiedzkie, okolicznościowe, okazyjne, codzienne. Liczy się każdy gest i czynność, która pomoże, ulży drugiemu człowiekowi. Albo zwierzęciu. Skupiłem akurat na tym, ale pomoc może na skalę większą, jednak pomoc w naszym otoczeniu jest niesamowicie ważna i potrzebna. Podpisuję petycję ratujące misie koala, posyłam sms,  by ratować rysie, zakuwam się w łańcuch przed ratuszem a znęcam się nad królikiem i biję swojego psiaka bo szczeka. Albo posyłam smsa na basen dla seniorów gdzieś tam a babci zabieram emeryturę.

Trudno nie odnieść wrażenia, że chyba częściej pomagają kobiety. Mam rację?

Pomaganie nie ma płci chociaż, faktycznie, jest zróżnicowane. Kobiety chętniej i częściej pomagają długofalowo. Mężczyźni jako zadaniowcy jednościeżkowi sprawdzają się „tu i teraz”. Powódź, pożar, ewakuacja, zbiórka, przywieźć, zawieźć, zbudować, przytargać itd. Na pomaganie duży wpływ ma także nasz nastrój – dobry albo zły, radosny albo smutny. Jak nam dobrze, radośnie i pozytywnie to dzielimy się tym z innymi, chcemy by inni też byli udziałowcami tego dobra. Jeśli nam źle wówczas pomaganie zajmuje nam czas, wymienia czarne myśli, redukuje to co fatalne. Na niewiele się zda człowiek z nastrojem obojętnym. Ogień nie jest pastelowy. A pomoc to płomień, konkret – akcja reakcja.

Musimy jeszcze porozmawiać o rożnych cwaniakach, którzy wykorzystują nasza wiarę w to, że naprawdę komuś pomagamy. Nie potrafię zrozumieć co trzeba mieć w głowie, żeby np. naciągać ludzi na pieniądze na fikcyjne chore dziecko. Ale przecież takie historie się zdarzają i pewnie robią paskudną robotę tym naprawdę potrzebującym pomocy.

Takie historie będą się zdarzały nadal. Zło i dobro plecy o plecy. Nie ma medalu z jedną stroną, trzeba to zaakceptować, ale w miarę możliwości nie ulegać i oczywiście piętnować. Powiadamiać policję i ostrzegać innych. Ludzie ulegają takim „zbiórkom” bo jedno kliknięcie, sms, czy nawet szybki przelew elektroniczny jest prosty. Płacimy bo wzrusza nas dramatyczne zdjęcie,  tekst i łzawy apel. Nie sprawdzamy bo ufamy, bo brak nam czasu i jednocześnie jest nam jakoś nieswojo nie ufać. Bo kto przy zdrowych zmysłach mógłby być aż tak podły? No mógłby i będzie. Następnym razem będziemy już sprawdzać i dalej pomagać. Paskudną robotę robią złodzieje tym, którzy angażują się w prawdziwe zbiórki. Jednak tak jak łatwo dać się oszukać tak samo łatwo nauczyć się na błędzie i następnym razem sprawdzać. Jak tylko zrobi się ciepło przed centrami handlowymi i na skwerach kręcą się „wolontariusze” z pogiętym foliowym „identyfikatorem” z plikiem „dokumentacji zdrowotnej” jakiegoś dziecka i zbierają na leczenie, operację. Serduszko oczywiście obecne, plus nagródka w postaci świętego obrazka, malowanki czy imieninowej kartki w słonie. Co roku ludzie płacą i nie przyjdzie im do głowy, że to oszustwo. Niektórym trudno jest odmówić wprost i powiedzieć prosto w oczy: nie ufam panu, pani.  Ale tak poza wszystkim to pomaganie jest zwyczajnie fajne i dobre. No dobrze, powiem jak psycholog- także terapeutyczne.