Ryzyko adrenalina i ucieczka

Linia specjalna

Ryzyko adrenalina i ucieczka

Podobno kto nie był w wysokich górach, kto nie zdobył kosztem wielkiego wysiłku swojego szczytu, nie pojmie jaka siła ciągnie alpinistę czy himalaistę do podejmowania kolejnych wyzwań. Zostawmy więc ostatnie, dramatyczne wydarzenie na Nanga Parbat i porozmawiajmy o ryzyku.  

Wszyscy wspinacze na pytanie dlaczego się wspinają w góry mają jedną odpowiedź: bo są. Ucinają tym samym wszelkie dywagacje, opisy, tłumaczenia. Poezje, mistykę i prozę gór. Obojętnie na jakiej wysokości nad poziomem morza. Podobnych odpowiedzi udzielają grotołazi, zdobywcy przełęczy i innych ekstremalnie nieludzkich miejsc. Powiedziała pani „swój szczyt” – każdy ma inny i każdy granicę ryzyka w innym punkcie. Dla osób z fobią społeczną szczytem jest wyjście do  skrzynki na listy na parterze swojego domu, dla dziecka wejście do ciemnego pokoju.  Zresztą tych ryzyk i szczytów jest całe mnóstwo. Może być ryzyko heroiczne, na wojnie, w pożarze, w czasie wypadku komunikacyjnego. Głupie- jazda samochodem z niesprawnymi hamulcami, po pijaku, zostawienie dziecka pod opieką drugiego dziecka itd. Ryzykujemy wychodząc za mąż czy się żeniąc, często wbrew rozsądkowi i radom życzliwych. Ryzykujemy zdrowie jedząc obskurnych barach, pijąc wódkę w podejrzanych spelunkach, spacerując ciemnym parkiem.  To ryzykowanie „na miękko”, bez wielkich przygotowań czy wyrzeczeń, niejako przy okazji, samoistnie.  Ale też w jakimś stopniu niebezpieczne, przy odrobinie wyobraźni nikt by nie prowadził po alkoholu. Z wyczynowcami sprawa ma się zupełnie inaczej tu ryzyko, niebezpieczeństwo i możliwość niepowrotu jest kwestią zawodową. Wchodzisz po prysznic jesteś mokry, wychodzisz w góry możesz nie wrócić. Górnik zjeżdżając  do kopalni nigdy nie jest pewien, że wróci. Nie wiedzą tego też ich bliscy. Celowo zrobiłem może zbyt prosty skrót, ale jest chyba najbardziej obrazowy. Bo wiadomo, że górnicy pracują i narażają się „dla chleba” a himalaiści „bo są” ( góry).  Proszę zwrócić uwagę, że o jednych i drugich mówi się tylko przy okazji tragedii. I wtedy przetaczają się dyskusje.  A po co włazili? Że egoiści, gwiazdy, wariaci i tak dalej.  Ale też, że bohaterowie, herosi i cyborgi pokonujące ograniczenia biologii i fizyki. Rzeczywiście trudno  to pojąć, zwłaszcza tym, którzy mają rodziny, dzieci, bliskich.

Dlaczego niektórych z nas tak pociąga ryzyko, że nie powstrzymuje nas nawet niebezpieczeństwo utraty zdrowia, czy nawet życia? Niekoniecznie wspinają się  na ośmiotysięczniki, ale sięgają np. po najróżniejsze  sporty ekstremalne?

To trochę jak z cykutą w starożytnym Rzymie, cezar przyjmował po odrobince, po odrobince żeby się uodpornić na zamachy trucicieli. Skok ze spadochronem w ducie tak ekstremalny pierwszy raz jest nudą w porównaniu ze skokiem synchronicznym, nurkowanie w Egipcie, które zapierało dech za pierwszym razem w porównaniu z eksploracją wraków, jest wręcz wstydliwe, jak breloczek z wielbłądem. Niektórzy mają to zwyczajnie we krwi. Nawiążę do rosyjskiej ruletki, jednym się spodoba innym nie. I nigdy nie wiadomo czy połkniemy bakcyla  i wyhodujemy ryzykowne zwierzę czy wyplujemy i zaczniemy zbierać muszelki. Oszem, miło jest pokonywać swoje ograniczenia i wbijać proporzec zwycięstwa na ruinie naszych strachów, lenistwa, niepełnosprawności. Jednak warto zważyć czy warto, no wiem powiało nudą, ale z wiekiem nabiera się także dystansu do ryzyka. Ryzykantów świadomych  więcej jest wśród młodocianych i średniostarszych osób. I to zarówno kobiet jak i mężczyzn, bo ryzyko nie jest zarezerwowane dla facetów. Ryzyko zawsze było atrakcyjne emocjonalnie, to sprawa hormonów. Czyli endorfiny, serotoniny i dopaminy. Ta „trójka szczęścia” jest winna. Endorfin odpowiadają za odczuwanie błogości, serotonina podtrzymuje równowagę psychiczną  a dopamina wywołuje zachwyt. I tak,  negatywne emocje, strach, zazdrość, zmniejszają wydzielanie endorfin, a pozytywne, na przykład radość i myślenie o przyjemnościach, zwiększają ich wydzielanie. Mózg amatora skoków na linie zaczyna wydzielać endorfiny, zanim ten człowiek wejdzie na platformę. Rozkosz skakania jest ogromna, ale potem  ta cykuta już nie działa, i potrzeba nowych wyzwań. Moim zdaniem sporty ekstremalne wiążą się też z podziwem otoczenia, szacunkiem i powodzeniem u płci przeciwnej. Są pewnego rodzaju kompensacją niedociągnięć natury, niski wzrost, mikra postura, niezbyt lotny intelekt. Dla jasności: nie uważam, że sportowcy ekstremalni to ułomni umysłowo osobnicy.

Mam wrażenie że bardzo łatwo jest nam przypinać łatkę ryzykanta komuś, kto wielkie ryzyko podjął i poniósł porażkę. Gdyby odniósł spektakularny sukces , pewnie zbiorowo pialibyśmy o jego wyjątkowej odwadze.

To akurat jest naturalne, okrutne, ale leży w naturze ludzkiej. Jak się uda jest dobrze, jak się nie uda to jest fatalnie. Wszystko bierze w łeb i zaczyna się wyliczanie klęsk, porażek i przegranych. W tedy ryzykant ma wydźwięk pejoratywny, pogardliwy. Proszę zwrócić uwagę, że ci przypinający robią to nie ruszając się sprzed klawiatury, wysiedziałej kanapy i lodówki z kostkarką do lodu. Łatwiej przywalić niż pochwalić czy pocieszyć. Albo chociaż pomyśleć i zalajkować puchatego kota w mleku niż bluznąć hejtem.

Na drugim biegunie (myślę o naszych ryzykantach) znajdziemy pewnie tych, którzy z różnych powodów sytuacji ryzykownych unikają jak ognia. Pewnie każdy z nas ma w swoim otoczeniu osoby, które mówią: nie zrobiłbym tego czy tego, bo mam wystarczająco dużo wyobraźni, by wiedzieć jak może się to skończyć. Gdzie jest granica? Kiedy unikanie ryzyka staje się patologią? 

Patologia pojawia się tam gdzie zaczyna się krzywda. Kiedy cierpimy my lub inni. Nie potępiałbym tych „ostrożnych” albo zwyczajnie tchórzy. I znowu: każdy te granicę ma (jeżeli ją ma) gdzie indziej. Miałem pacjenta, którego tato brał udział w światowych rajdach. Nienawidził go za to. Bo wszystko w domu kręciło się wokół wyścigów. Wszystkie pieniądze i  cały czas poświęcał samochodowi, wyścigom, treningom, tuningom, strojom, diecie, wizom. Wszystko się liczyło tylko nie syn i żona. Kiedy wracał z pucharem, kiedy pisali o nim w branżowych pismach świata rozkwitał i był szczęśliwy. Miał kilka kraks, z których ledwo wychodził z życiem. Szpitale, ojomy, śmierci kliniczne, poparzenia. Zawsze wracał za kółko aż któregoś miarka szczęścia się przebrała i zginął.  Zatem zanim wyśmiejemy tych ostrożnych a zaczniemy  odsłaniać tablice „tym, którzy weszli, wnieśli, zdobyli” pochylmy się nad tymi, którzy zostali. To są dramaty, które rozgrywają się przez całe życie, z dala od gazet, dyskusji i cen. W cieniu tego targowiska bohaterstwa, bohaterszczyzny i ryzyka. Jeżeli już ekstremalnie unikamy ryzyka można mówić o fobii, a tę trzeba leczyć. Nigdy wyśmiewać.