Trudna sztuka przegrywania –  kiedy porażka jest tragedią

Linia specjalna

Trudna sztuka przegrywania –  kiedy porażka jest tragedią

Zwycięstwo cieszy, daje satysfakcję, dodaje pewności siebie i jest w porządku. Przegrana jest słaba – dzieciom coraz trudniej przyjąć jakiekolwiek potknięcie. Rodzice wymagają, chronią i wyręczają . Bo liczą się tylko mistrzowe. Za wszelką cenę. A przegrane, są dzieciom potrzebne by wygrywać.

 

Każda wygrana wywołuje uśmiech. Pochwała, z dobrze wykonanej pracy, rysunku, złotego medalu, uskrzydla. Cieszą się dzieci i rodzice. Mój mały mistrz, jesteś najlepszy, najmądrzejszy, najlepszy itd. Rodzice chwalą dzieci i robią wszystko żeby nie poznało smaku krytyki, minusa przy czwórce, żeby błyszczało i było pierwsze we wszystkim. Dają wygrywać chińczyka, specjalnie przegrywają wyścigi do kuchni,  udają , że nie trafiają piłką do celu. I nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że robią to zawsze. Od małego dają dzieciom zwyciężać i wygrywać. Lekko, łatwo i przyjemnie. Zachwycają się kwadratowym słońcem, wieszają na lodówce kotletowe portrety rodziców, zajadają się kanapkami z dżemem i pieprzem, zachwycają perfekcyjną grą na bębenku, gitarce itd. Owszem, pozytywne wzmocnienia są ważne, jednak nawet i one powinny być stosowane z umiarem. Z umiarem, ale też nie ściśle reglamentowane. Bo brak pochwał też niszczy. Co robić?

Blaski i cienie

W świecie idealnym nie ma chorób, bólu, brzydkich rzeczy, niedobrych ludzi i  agresywnych zwierząt. Jest czysto, słodko, bezpiecznie, przyjaźnie i przychylnie. Kiedy trzeba ciepło, kiedy trzeba zimno. Nikt nie krzyczy. Pochwały, medale, oklaski. Uśmiechy, całusy, przytulaski. Na kostce do gry wypada odpowiednia ilość oczek, w talii kart same asy, komórki się nie rozładowują, pokój sam się sprząta, psy same wychodzą na spacer, króliki dają się głaskać, koty otwierają sobie saszetki z karmą, kredki się nie łamią itd. Wszystko przychodzi samo i od razu jest najlepsze. Nie ma też śmierci, tylko wyjazdy. To skrajny model wychowywania dzieci, który jest niestety bardzo częsty. Rodzice w złudnym przekonaniu, że tylko pochwały są właściwe, odbierają dzieciom szansę na prawdziwe życie poza domem. Nie stawiają wymagań, nie nakładają obowiązków. Wyręczają we wszystkim, zwalniają z myślenia, wysiłku zdobywania i wygrywania. Izolują od rówieśników i świata rzeczywistego. Ma być miło i zwycięsko. Zawsze.  Dziecko wygrywa, jest najmądrzejsze, najszybsze, wszystko robi najlepiej i  w ogóle nikt nie ma z nim szans. Ani mama i tato, ani babcie z dziadkami i ciocie z wujkami razem wzięci. Wszyscy mu ustępują potem bezpiecznie schodzą z książęcej drogi. Aż przychodzi czas, kiedy trzeba opuścić wyspę zwycięstw i zmierzyć się ze światem realnym. Tam okazuje się, że  ktoś biega szybciej, dalej rzuca kasztanem, wyżej podrzuca piłkę, zna dłuższy wierszyk (a ta głupia Marta nawet po angielsku),  jeździ na dwukołowym rowerze, śmiga na hulajnodze, Antoś tak rysuje słońce i do tego kwiaty, drzewa i samochody, że bez pytania widać o co chodzi. Są nawet tacy, którzy znają więcej literek i liczą do trzydziestu. Kogoś innego chwalą, ktoś inny jest królem.

Obok naturalnego zaskoczenia i złości pojawia się także przerażenie. Nie jestem najlepszy więc już mnie nie będą kochać. Nigdy nie przegrywałem, nikt ładniej ode mnie nie śpiewał, nie rysował, nie tańczył. A dzisiaj Franio zrobił wyższy zamek z papieru, ostatni dobiegłem do drabinek, a do tego pani pochwaliła Anielkę za rysunek, a mój kazała poprawić!  Teraz to ich  rodzice będą lubić bardziej, ja się już nie liczę. To niesprawiedliwe, nie pójdę tam więcej. Jestem najgorszy. Dzieci z takiej konfrontacji wychodzą oszołomione i skołowane. Przed rodzicami stoi wówczas trudne zadanie: przyznać, że są inni mistrzowie, że wygrywają także inni, że na  pochwałę zasługują inne osoby. I dalej: twoje dokonania nie zawsze są na medal. Ale też  nie umniejszać dokonań naszego wyspiarza tylko zachęcać do szlifowania formy. Nie umniejszać sukcesów „rywali”.

 

Przegrywaj spokojnie

Dramat dzieci od małego zorientowanych  na sukces, bo tylko ten się liczy, jest naprawdę poważny. Nie potrafią przegrywać, a  rysa na wyidealizowanym przez rodziców wizerunku, staje się raną. Ze skrajnego zadowolenia w siebie przechodzą wpadają na samo dno niskiej samooceny. Wściekłe na cały świat, odrzucone przez rówieśników, bez uwielbień do których przywykły mogą liczyć na pomoc rodziców. Wówczas trzeba wziąć na klatę porażkę wyspiarskiego chowu, przyznać się do błędu i powoli wprowadzać nasze skarby do rówieśniczego życia.

To od nas, rodziców, w dużej mierze, zależy  kim i jakie będą nasze dzieci. Chcemy dla nich jak najlepiej, ale droga do zwycięstwa wiedzie także przez porażki. Małe i duże. Nauczmy je także przegrywać, a z przegranej wyciągać naukę (nie nauczkę) i motywację do pracy nad sobą. To nie banał „przez trudności do gwiazd”.  Chwalmy dzieci za starania, ale nie przyznajmy pucharu pocieszenia, kiedy widzimy, że ewidentnie się nie starało i zwyczajnie odpuściło.  Nie obwiniajmy innych za porażki dzieci. Bo sędzia był głupi i nie widział, bo jurorzy nagrodzili znajome dzieci, bo tamto miało lepsze buty, bo wiatr zawiał ci w oczy, pędzelek był rosochaty itd. Motywujmy i zapewniajmy o naszej miłości i obecności. Nie zdobyłeś medalu, ale się starałeś, następnym razem będzie lepiej. Nie bójmy się też szukać wspólnie z dzieckiem przyczyn porażki. Czy trenowałeś chociaż troszkę przed wyścigiem, czy powtórzyłeś wierszyk, czy jesteś zadowolony ze swojego obrazka?  Często okazuje się, że dziecko wie, że nie było najlepsze, ale przecież, zawsze było bezkonkurencyjne i bezwarunkowo wygrywało więc dlaczego nie teraz?

Zachęcane do wysiłku bardzo szybko i prędko zaczną doceniać sukces i nie załamywać się porażkami. Wbijanie dzieciom do głowy, że  tylko złoto ma wartość jest nieprawdziwe i zwyczajnie krzywdzące. Dzieci bardzo szybko łapią o co chodzi rodzicom, mają być  uśmiechnięte i zwycięskie. I że wystarczy być. Biorą przykład z rodziców, którzy nie przyznają się do przegranych, błędów i łez. Chowanie pod metalowym parasolem nie przyniesie oczekiwanych efektów.  Opuszczenie bezpiecznego bunkra może być  bardzo bolesne.  Na początek bez litości zbijmy mu pionka  tuż przed metą.

 

Jacek Pawłowski