Wielkanoc – wielkie mi co

Linia specjalna

Wielkanoc – wielkie mi co

Przed nami święta. Tradycyjnie życzymy sobie były zdrowe, spokojne, ciepłe i – co bardzo ważne – rodzinne. Ale przecież wielu wśród nas samotnych. Czy po świętach przybędzie pacjentów psychologom i psychiatrom? To bardzo dołujący czas dla samotnych? Czy samotność to poważny psychologiczny problem?

Zestaw świątecznych życzeń, bardzo często automatyczny, wyświechtany i jak ćwikła z chrzanem i szynką niezmienny. Dobrze, kiedy są rodzinne, fantastycznie kiedy zdrowe i tak dalej. Nie wdając się w dyskusje „o wyższości świąt” te wielkanocne są w pewnym sensie są mniej zobowiązujące. Jeżeli nagle przybywa pacjentów to na internie z powodu przedawkowania jedzenia i alkoholu. Święta wielkanocne nie uruchamiają dodatkowego smutku samotności, sieroctwa, singielstwa i tych wszystkich rodzinności międzyludzkich. Bardziej doskwiera samotna Wigilia, brakuje opłatka dzielonego z życzliwością niż jajka ze święconki. Boże Narodzenie, nakręcane już od października,  epatują szczęśliwą rodziną, choinką, mrozem, kominkiem z radośnie strzelającymi polanami. Swoją, drogą, ilu z nas ma kominki? No, i przy tym kominku się czeka na Mikołaja, wnuków, rodziców, dziadków i jest tak ciepło i cudownie, że można wyłączyć ogrzewanie. A tu ani kominka, ani nikogo. Nakrycie dla wędrowca zostaje czyste. I bliżej nam do „Kolędy dla nieobecnych” niż dzwonków sań. Jest ciemno, zimno, mokro i wcale nie magicznie. I tak przez trzy dni.  Proszę zwrócić uwagę, że przy składaniu życzeń nad lukrowaną babą, raczej się płacze. Jest jasno, pogodnie, barwnie i te zajączki takie uśmiechnięte, i baranki milutkie, że nawet stryjek Bodzio jest całkiem znośny, a  i teściowa jak żółty kurczaczek miła i niewinna. Łagodniejemy na wiosnę, wyglądamy lepszego jutra. Osoby wierzące w Boga, są w komfortowej i lepszej sytuacji. Skoro Pan Jezus zwyciężył śmierć, piekło, szatana, zmartwychwstał to i  ja dam radę. Owszem, Pan Jezus nie miał rat do spłacenia, teść nie suszył mu głowy o kiepskie zarobki, ale i tak to był gość.

Żyjemy w czasach, gdy samotność wcale nie musi oznaczać konsekwencji bezdzietności. Dorosłe dzieci pracują w korporacjach, które nie zawsze chętnie wypuszczają ich na święta ze swoich szponów. Rodzice chcąc nie chcąc spędzają święta sami. Pół biedy gdy dzielą tę swoją rodzicielską samotność z małżonkami. Ale jeśli tego brak, może być wyjątkowo trudno przetrwać święta, prawda?

I tak, i nie. Korporacje nie wypuszczają ze szponów pracowników, bo święta wielkanocne są religijne, nie tak ześwieczcone i zmarketingowane jak Bożego Narodzenia. Nie ma piosenek wielkanocnych, pieśni zresztą też niewiele, ale wolne przysłyguje. Nawet więcej niż w grudniu. Jednak to czy dla rodziców będzie to smutną udręką zależy od relacji z dziećmi przez cały rok, przez dorosłe życie i dzieciństwo. Jeżeli mamy dobry kontakt ze swoimi „staruszkami” przez cały rok, są odwiedziny, telefony, rozmowy na skype to spędzenie Wielkanocy osobni nie będzie aż tak dojmujące. Zakładam, że państwo Barankowscy mieszkają w Kołobrzegu, ich  trójka dzieci ( każde po dwoje dzieci) mieszkają w Krakowie, Ottawie i Białogardzie. Wszyscy się kochają, wspierają i rozumieją. Podpierający się nosem korporacyjne tryby z Krakowa wolą zostać w domu i odpocząć przez dwa dni niż jechać na drugi koniec Polski. Przyjadą latem na dłużej. I rodzice to rozumieją, nie chlipią i dzielnie udają, że jest okej tylko zbierają siły na wakacje i wnuków, młodocianych komandosów. Ci z Ottawy byli w grudniu, dobrze im żyje, piszą, dzwonią, zapraszają. Pozostają więc dzieci białogardzkie i też będzie miło. Bez napinania, śniadanie o 12 albo i później. Zając dla dzieci, naleweczka dla dorosłych, mazurek dla wszystkich. Nie demonizowałbym wielkanocnej samotności.

Dobrym patentem na odczarowanie samotnych świąt jest ponoć wyjazd do kurortu, świąteczny pobyt w dobrym hotelu, w ciekawym miejscu, nawet w egzotycznym kraju. Czy taka odmiana może skutecznie odwrócić uwagę od tego, że nie bardzo mamy z kim świętować?

Wyjazdowe święta nie są już tylko domeną samotnych. Bogatych prezesów, nadzianych singli w czerwonych szelkach. Zimnych, bezdzietnych kobiet z jorczusiem w torebce czy starych panien, które ciułają na wyjazd premie od dyrektora za pieczątkową wydajność. Do kurortów przyjeżdżają całe rodziny, żeby nie sprzątać, gotować, zmywać itd. Jedzenie pod nos, dzieci zaopiekowane przez hotelowych animatorów, godziny mszy świętych wywieszone – wszystko jak trzeba. Przecież jeżeli osoba samotna wyjeżdża na święta gdzieś tam to i tak jest samotna. Pewnie, w ramach urlopu, złapania słońca, dystansu, regeneracji, pocieszenia czy nagrody, wyjazd jest wskazany. Jeżeli ktoś nie akceptuje, tego że jest sam to patrzenie na wpatrujące się w siebie pary nastroju na pewno nie poprawią. A w hotelach przecież głównie pary i rodziny. To już lepiej ajerkoniak popijać na własnym balkonie i odrabiać zaległości w książkach, filmach, gazetach czy zabiegach kosmetycznych. Nie traktujmy świąt jak czas obowiązkowej radości. Można wspomnieć sobie te najmilsze, ale bez przesady. Przecież te najweselsze i wyjątkowe jeszcze nadejdą.

Jak mówią lekarze praktykujący w szpitalach, niestety niemal w każde święta w pojawiają się tam osoby w podeszłym wieku, zwłaszcza te  niedołężne, od dawna wymagające opieki. Ich stan w opinii rodzin „nagle się pogarsza”, a bliscy „przez kilka dni będą tylko pod telefonem”. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić co może odczuwać taka odstawiona do „przechowalni” osoba, której rodzina znika właśnie w takim czasie. Albo czego uczą się wnuki dziadków, których można się pozbyć na czas świątecznego wyjazdu.

Święta, wakacje to faktycznie czas, kiedy rodzice, dziadkowe nagle podupadają na zdrowiu. I to tak, że pomóc może tylko szpital. Niektórzy zostawiają ich na izbie przyjęć i prują do Goleniów na samolot. To niegodziwe, podłe i okrutne. Podrzuceni i odrzuceni próbują tłumaczyć swoje dzieci, że muszą odpocząć, że to tylko parę dni, że wycieczka za pół darmo spadła jak z nieba itp. To już nawet nie chodzi o święta tylko fakt odstawienia na kompletną bocznicę. Bez zdania racji, sprzeciwu i dyskusji. Pół biedy, kiedy po świętach wracają do swoich domów, ale często to jest tylko przygrywka do DPS-u. Powtarzam, to podłe i nieludzkie.

Jak się zachować wobec osób samotnych, które znamy, bo np. są naszymi sąsiadami? Czy powinniśmy się czuć zobowiązani do ich zaproszenia? Możemy przecież nie mieć ochoty na cudze towarzystwo, prawda? a jednak coś może nas gnieść na duszy, że my tu biesiadujemy, a za ścianą sąsiad sam. 

Zachowujmy się normalnie. Jeżeli to mili, fajni sąsiedzi to można im zaproponować nawet i wielkie śniadanie z obiadem. Ale kiedy nie przepadamy za mrukliwą panią Elicejską, a na widok pana Dulsewicza mam skurcz brzucha, bo boimy w czym akurat teraz przeszkodził nas pies, to dajmy sobie spokój. I mamy do tego prawo. Jeżeli nas gniecie to odepnijmy guzik i pójdźmy z gościńcem. Jak do babci Czerwonego Kapturka. I tu pojawia się kolejny plus różniący ŚBN od W – nie trzeba się zmuszać. Poza tym na Wigilię jakoś łatwiej się zaprasza, taka tradycja. Jest jeszcze niebezpieczeństwo, że sąsiada zwyczajnie obudzimy. Zwłaszcza, gdy jest się ze starej szkoły „porezurekcyjnej”. Zawsze możemy zaproponować pomoc  w umyciu okien, zrobieniu zakupów i podzielić się jedzeniem. Samotni wcale tak nie czekają na dobroć niesamotnych. Nie wyczekują przy drzwiach jak na listonosza. Poza tym to zawsze są kwestie bardzo delikatne. My tacy szczęśliwi a pan taki biedny, pan przyjdzie do nas. A niby dlaczego? Nie zapraszają na obiady, petycji o dodatkowej ławce nie podpisali, ich Magni rzuca się na moją Witkę i teraz na śniadanie proszą. O co im chodzi? Uważajmy, więc z tą dobrocią.

 Załóżmy, że przed nami samotne święta. Czy jeśli mamy ochotę przespać je, albo przesiedzieć przed telewizorem wcinając sałatkę i wcale nie ciągnie nas do ludzi, to znaczy że coś z nami nie tak?

To z nami jak najbardziej tak. Każdy potrzebuje samotności, wytchnienia, w skarpetach nicnierobienia. Bez makijażu, krawata i gotowości. Więcej, nawet jeżeli jesteśmy w parze to zróbmy sobie święto lasu. To są właśnie takie święta, które dzięki braku magiczności o zmroku, mogą być spędzone wedle własnego, wiosennego uznania. Pomijam kwestie religijne, ale i tu się da wszystko pogodzić. Znam osoby, które raniutko zrywają się na rezurekcję, łapią energię ze Zwycięstwa Jezusa i śniadanie jedzą już w łóżku. I tak cały dzień. Albo na sportowo, albo filmowo, książkowo, twórczo, jak kto chce. Święta są dla ludzi. Post się skończył, nie ma przestępstwa w radości i czerpaniu przyjemności ze świątecznych dni. I jeszcze jedna ważna rzecz: nie zmuszajmy innych do naszych świąt. Nie ma się co obrażać i strzelać fochem jak wodą w dyngusie. Nie bierzmy osobiście odmowy wspólnego spędzania świąt.