Zastawione aniołki

Linia specjalna

Zastawione aniołki

Zbliża się czas komunii świętych. Dla jednych będzie to z pewnością czas duchowego przeżycia (myślę zarówno o dorosłych jak i dzieciach ), dla innych wielkie wyzwanie związane z przygotowaniem czegoś na kształt weseliska – no bo sukienka, czy garnitur dla dzieciaka musi swoje kosztować, my też musimy się pokazać. Do tego po kościele trzeba zaprosić gości na imprezę i to najlepiej organizowaną w dobrym lokalu (hotelowe, te gwiazdkowe są na topie), taką na ze 20 – 30 osób co najmniej. To oczywiście trochę przerysowany obraz, ale przecież dobrze wiemy, że właśnie tak wygląda bardzo często to nasze świętowanie. O tym, że tak być nie powinno, mówi większość duchownych, ale mam wrażenie że nawet jeśli uda się im przekonać rodziców do skromnego przyodziewku ich dzieci (jednakowe alby), to i tak po uroczystości kościelnej, rusza licytacja na wystawność tzw. przyjęcia. Dlaczego tak lubimy żeby było hucznie i z przytupem?

Nie przerysowała pani – majowe terminarze restauracji i sal weselnych są wypełnione z rocznym wyprzedzeniem.  Chociaż przyjęcie przyjęciu nierówne. Owszem, są komunijne przyjęcia jak wesela do rana  i na sto par, ale są  i skromne obiady dla wąskiego grona bliskich. Koszty porównywalne, rodzice nieumęczeni a goście zadowoleni. Wystawne przyjęcia to znak naszych czasów i pewnej tęsknoty za królewskością i wystawnością. Lubimy kiedy jest na bogato. To znak naszego sukcesu, powodzenia, gustu, szerokiego gestu, fantazji. A kiedy możemy się pokazać?  Kiedy udowodnić, że możemy sobie pozwolić, uczcić i uświęcić? Zaprosić i uhonorować.  Skala świętowania jest sprawą indywidualną, nawoływanie do skromności przyjęcia może być przyjmowana różnie. Przecież wielkie przyjęcie w pałacu z łabędziami nie musi odzierać istoty pierwszej komunii, skromne ciastko w cukierni po mszy niekoniecznie doda duchowości. Zatraciliśmy proporcje, duchowość i prawdziwość pierwszej komunii. Sfera spożywcza  i podarunkowa zmieszała się z duchową. Chrzest  niemowlęcia i wesele. Biel do bieli. A cierpi dziecko, to z pięciogwiazdkowej biby i to z imprezy w dużym pokoju. Zapominamy, że zwłaszcza w ten dzień, najważniejsze są uczucia dziecka. Jeżeli już decydujemy się aby posłać je pierwszej komunii to zwróćmy uwagę z czym to się wiąże. Godzimy się aby nasze dzieci uczyły się dziesięciorga przykazań, siedmiu grzechów głównych i modlitw, których w większości dawno zapomnieliśmy.  I pojawia się potężny dysonans, między tym co mówi Biblia, księża, siostry zakonne, rówieśnicy i rodzice. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że komunia to jednak spektakl dla dorosłych.  A przecież nie o to chodzi.

Znam to z życia, bo w dalszej rodzinie tez tak bywało: zasada zastaw się, a postaw się obowiązywała. sporo wyrzeczeń, spinania się, nerwów, oszczędzania, żeby pójść na całość, po pańsku! a niech widzą i … zazdroszczą?

Zastawiać się żeby zazdrościli to raczej nie, prędzej żeby nie gadali, że dziady i że dziecku żałują, a papierosy palą. Życie bliźniego w kontekście wytknięcia i porównania zawsze jest kuszące. Oprócz piekła złych języków dorosłych, proporcjonalne piekiełko robią maluchy. Proszę zauważyć, że mówimy o  ośmioletnich dzieciach! Może nie sięgałbym do „Władcy much”, ale bywa  naprawdę niewesoło. Dzieci, oprócz tego, że piekielnie roszczeniowe to mają słuch absolutny na rozmowy dorosłych, które potem przenoszą na rówieśniczy grunt. Giełda kto w jakiej restauracji ma przyjęcie, co będzie do jedzenia, z ilu pięter tort, jakim samochodem pojadą do kościoła, co dostanie, jakie złożył zamówienie na „prezęty”, zza jakiego morza przyjedzie ciocia i tak  dalej. Kto przegra w licytacji ten się nie liczy w klasie. I wtedy zaczynają się pożyczki, kredyty(!), wyprzedawanie rodzinnych pamiątek, likwidacja lokat i opróżnianie skarpet na czarną godzinę, żeby opędzić jeszcze biały tydzień.  Tego, że ktoś idzie na całość mimo, że go nie stać, kładłbym na karb miłości do dziecka, na troskę żeby nie było najgorsze, albo ostanie. Oczywiście ważna jest świadomość przewagi hostii nad quadem ale dzieci to tylko dzieci. Zawsze ważniejszy był zegarek, rower i sukienka do ziemi niż równo zaśpiewana „Czarna Madonna”, ale też było miejsce na wzruszenie i dylemat co zrobić kiedy komunia przyklei się do podniebienia… No tak, rozmarzyłem się, a tu rzeczywistość szeleści banknotami w    kopercie z aniołkiem, powarkuje skuter i wibruje nowa komóra. Dzieciom trudniej być „tym gorszym”, bo nie rozumieją, bo są mniej odporne na przezwiska i spychanie na margines. Czas pierwszych komunii to też pewnego rodzaju sprawdzian dla rodziny. Czy potrafimy tak wzmocnić nasze dzieci, żeby przyjęcia w domu nie traktowały jako imprezę z biedaszybie, żeby wiedziały, że mają kochających rodziców, że ciocia pamiętała, że lubi pomarańczowy a nie cierpi zielonego, że babciny krzyżyk przetrwał wywózki itd. I z drugiej strony, czy potrafimy,  nie traktować pierwszej pełnej mszy dziecka, jak projekt  komunia. Żeby było idealnie, drogo i po pańsku. Odnoszę wrażenie, że gubimy nasze dzieci w tym biało-granatowym blichtrze. A szkoda, bo dzieciom naprawdę bardziej zależy na tym, że w tym dniu, rodzice, bliscy poświęcili mu czas, że byli razem, nie kłócili się, że było wesoło i ciepło nie tylko na podwórku.

 Ten przykład komunii można trochę rozdmuchać i będziemy mieli wesele. W przejaskrawionej wersji jak w filmie Smarzowskiego. Pamiętam opowieść znajomego, który wspominał swoje wiejskie, trzydniowe wesele – dosłownie do upadłego. Zakończyło się bijatyką, bo taka była tradycja, a część gości wypomina sobie skakanie do gardeł do dziś. Ale o wystawności i przedniej zabawie do dziś ponoć w wiosce krążą legendy. Podobało się i wzbudziło podziw. A może tak się po prostu zapisuje w lokalnej historii?

Może nie w historii lokalnej, ale rodzinnej. Zdarzają się komunie trwające do rana, kiedy alkohol mieszany jest z kompotem podawanym do komunijnego, czystego od wódki, obiadu. Zdarzają się kłótnie rodzinne, ale do kronik przyjęć komunijnych raczej przechodzi bardziej ilość potraw, suma datków niż podpite oczy uczestników przyjęcia. Duszna atmosfera filmów Smarzowskiego, mam nadzieję, nigdy nie dotrze do przyjęć komunijnych. Zdaję sobie sprawę, że tam gdzie są duże pieniądze, albo ambicje czy inne aspiracje, trudno o skromność, ale wierzę w rozsądek rodziców, opiekunów.

 Moja przyjaciółka 20 lat temu, wtedy dwudziestoparolatka wyszła za mąż „po kryjomu”, czyli podczas wakacji z chłopakiem – z którym szczęśliwie żyje do dziś. Jakieś 10 lat temu rodzina jej wybaczyła tan afront,  zresztą chyba niecała. Dziś takie sytuacje już tak nie zaskakują, a jednak nadal wzorcem propagowanym w mediach jest wystawność, pałac nad jeziorem  z łabądkami.

„Białe łabędzie niech płyną”…skoro odpłynęły bez asysty rodziny to można im to wynagrodzić drugim  jubileuszowym weselem.  Pieklimy się kiedy bliscy nie pamiętają o naszych urodzinach to obraza na potajemny ślub jest zrozumiała. I nie chodzi i łabądki i lalkę na masce białego mercedesa tylko bliskość i rodzinność. Oraz odwagę żeby przeciwstawić się widzeniu rodziców ślubu idealnego. Ślub to jednak zupełnie odmienne emocje, chociaż pokolenia są wplątane.

Wróćmy do komunii, bo koniecznie chcę zapytać o komunijne prezenty. Ja dostałam zegarek i złoty łańcuszek, chyba jakieś pieniądze, ale symboliczne. A rodziców chrzestnych miałam dość zamożnych. Nawet rower dostałam przy innej okazji. Teraz normą są tablety, Iphone i inne cuda. I to my, dorośli wszystko to wręczamy, no bo jak dziecko nie dostanie, to czeka je klasowy ostracyzm. I jak żyć?

Zegarek, złoty (!!!) łańcuszek, kasa – całkiem nieźle. Żyjemy w czasach, w których dzieci już na nic nie czekają. Mają  wszystko natychmiast i na wyciągnięcie rączki i nóżki. Telefony, komputery, rowery, hulajnogi, telewizory, rolki, drony, quady. Rzeczy rzeczami, ale wiem, że to jednak nie o to chodzi. Wiem jako psycholog, że przedmioty nie są aż tak ważne jak myślą dorośli. Jasne, że mają znaczenie, ale nie fundamentalne. Podkreślam, że dzieci są emocjonalne – bardziej zapamiętają podchody czy wyścig w workach z udziałem całej rodziny niż doładowanie karty. Namawiałbym rodziców i chrzestnych żeby zwyczajnie odpuścili. Nie zmuszajmy chrzestnych do brania chwilówek na Iphony i laptopy itd. Nie stawiajmy pod murem dziadków i cioć. Niech będzie na biało.Niewinnie.