Żegnaj życie, witaj szkoło

Linia specjalna

Żegnaj życie, witaj szkoło

Kończą się wakacje i dziecko staje się coraz bardzie nerwowe. Taką sytuację opisała nam nasza Czytelniczka. Zaznaczam, że dziecko ma 9 lat, więc wydawałoby się, że nie powinien jeszcze zżerać go stres. A jednak wyraźnie coś jest nie tak. Chłopiec unika tematu szkoły. Mówi nawet o tym, że nagle boli go brzuch, jest markotny. Jest dobrym uczniem, ma kolegów. Niby wszystko w porządku. A jednak. Jak dotrzeć do takiego małego człowieka? Czy taki lęk przed powrotem do szkoły pojawia się też u innych dzieci?

Nie wiadomo czy to jest klasyczny lęk czyli fobia szkolna, na którą cierpi dużo uczniów wszystkich szkół. Jeżeli nie miał problemów z nauką i kontaktach z rówieśnikami to może chodzić o utratę wolności i wkacyjnej.  swobody. A jak się jest chorym to wiadomo, że do szkoły się nie idzie. Może boi się, że nie podoła nowym obowiązkom szkolnym? Nowym przedmiotom i wymaganiom , także tym stawianym przez rodziców. Teraz, już jesteś dużym chłopcem, piórnik nie może być w hot wheels’y tylko w kwadraty. Mam nadzieję, że w tym roku też będzie nagroda i nie zawiedziesz mamy, taty, babci i całego świata, który na ciebie liczy. Może boi się, że zmieni się jego pani. Najlepiej wziąć dziecko na lody  i spacer i wtedy spokojnie porozmawiać. Można opowiedzieć o swoich obawach z czasów szkolnych. I nigdy, przenigdy nie wyśmiewać jego obaw i wątpliwości. Słuchać i rozmawiać. I nie przykładać swojej dorosłej miarki do dramatów dziecka. Kluczem jest zawsze rozmowa i czas poświęcony dziecku. Czasami problem, z jakim boryka się młodziutki człowiek jest banalny i można go łatwo rozwiązać.

Dziecko innej mamy, która poprosiła o pomoc, oznajmiło, że do szkoły nie pójdzie, bo przecież mama sama mówiła,, że  z tej szkoły „po nowemu” nic dobrego nie będzie. Dziewczynka jak z rękawa sypie cytatami rozmów, które usłyszała chyba nie tylko w domu. W tle jest historia z początkiem nauki w innej szkole, dojazdami itd. Jak uspokoić dzieciaka?

Całkiem po prostu i spokojnie. I znowu wracamy do rozmowy z dzieckiem. Trzeba przetłumaczyć z dorosłego na dziecięce. Że nasze obawy o przyszłość nie oznaczają, że szkoła jest zła, do kitu i nic nie warta. W ogóle większość szkolnych obaw przenoszą drogą słowną i pozawerbalną dorośli. To im się wydaje, że dziecku stanie się krzywda i że nie da sobie rady w nowych warunkach. Owszem da sobie radę i to śpiewająco. Trzeba tylko zaufać nauczycielom, a dzieciom pozwolić na samodzielność. Dzieci zawsze, jak najlepszy dyktafon, powtarzają słowa dorosłych. Przypuszczam, że jest w tym troszkę manipulacji, której nie można im odmówić. Na tak, nie co kryć, słabą wymówkę potrzebne jest jednak pozytywne mocne wsparcie. Rozwiejmy jego wątpliwości, pozwólmy wybrać model plecaka i czekajmy na bieg  szkolnych wydarzeń. Każde dziecko, na każdym etapie nauki potrzebuje naszego wsparcia i pewności, że będziemy po jego stronie.  Podkreślam to zawsze i wszędzie, że rodzicielstwo oparte na strachu nie jest niczym dobrym, a mądre partnerstwo nie oznacza braku szacunku.

I jeszcze mama przyszłego pierwszoklasisty: chłopczyk płacze, bo już wie , że do jego klasy będzie chodził nielubiany przez niego, agresywny chłopczyk z sąsiedniego podwórka. Kiedyś pobił syna, była rodzicielska interwencja. Co zrobić? Czy warto już na początku podejść do nauczycielki i uprzedzić, że może pojawić się problem? Może poczekać i obserwować?

A może spotkać się z rodzicami agresora i opracować coś w rodzaju planu działania. Jeszcze raz wyjaśnić, co było przyczyną napaści. Niech się chłopcy spotkają na wspólnym kinderbalu żegnającym lato? Zrobić nowe otwarcie. Agresja wiąże się często z chorobą dziecka, trudną sytuacją w domu, niepokojem, lękiem itd. Nikt jest czystej krwi łobuzem z przyjemnością krzywdzącym drugiego. Rozmowa z nauczycielką też nie zawadzi, ale zróbmy to z wyczuciem. Nie stygmatyzujmy na dzień dobry, w pani klasie pojawi się zły chłopiec, który pobił moje dziecko, proszę uważać bo jest groźny, agresywny i niegrzeczny.  Opowiedzmy o swoich obawach i zaufajmy nauczycielce i pedagogom.  Dajmy też szansę agresorowi. Szkolni specjaliści wiedzą, jak pomóc dzieciom po obu stronach pięści. Nie uczmy też swoistej samoobrony – jak cię uderzy to mu oddaj, bądź dzielny, nie płacz. Ani też w drugą stronę – jak tylko coś się stanie dzwoń do mamy a ja przyjdę i cię uratuję. A może wspominany chłopiec będzie w klasie z kimś już poznanym, z kim będzie mógł trzymać się razem. A nawet jeśli nie, to aklimatyzacja też się dokona.  Naprawdę, większość lęków pochodzi od rodziców. Po części rozumiem, czasy wymagają większej troski a i obawy są innego typu, ale też i dzieci są bardziej wyedukowane, samodzielne. No, chyba, że do pierwszego dzwonka żyły pod sterylnym kloszem bez kłopotów, wymagań, kar (nie cielesnych!), konsekwencji, wyborów i upadków z karuzeli. Wtedy lęk separacyjny jest dramatyczny, ale i z nim można sobie poradzić. Pomogą w tym nauczyciele, pedagodzy, psycholodzy. A także inni rodzice, z którymi można zawiązać pewnego rodzaju grupę wsparcia.

A teraz już pytania nadesłane prze dorosłych. Młoda kobieta pisze o swoim powakacyjnym syndromie powrotu do pracy. Właściwie pisze o przedziwnej sytuacji, w której cały rok ciężko pracując czeka na te swoje trzy tygodnie urlopu, obiecując sobie, że wypocznie, odpręży się, będzie uprawiała sporty , przeczyta parę książek, odwiedzi znajomych itd. „Zauważyłam, ze im bliżej było urlopu, tym gorzej się czułam, bo  dotarło do mnie, że nie zrealizuję nawet połowy swoich planów i wszystko we mnie siadło. Pojawił się silny stres, zwariowały jelita. Wiem, że ten wolny czas minie błyskawicznie i wrócę do kieratu, którego nie mam szans zmienić” Przez pierwszy tydzień wakacji starała się złapać pion. Czy to możliwe, że potrzebuję pomocy? np. Farmakologicznej?

Sytuacja nie jest przedziwna tylko typowa, bo ciągle większość z pracujących nie potrafi wypoczywać. A im intensywniej stawia czoło obowiązkom, im bardziej utożsamia się z firmą, korporacją, której oddaje wszystkie siły tym wypoczynek jest niemożliwy. Nie chodzi mi tylko o pracoholizm, chore ambicje, wyścig szczurów w korpolabiryncie z jednym wyjściem. Myślę, o niepewnych siebie, nieszczęsnych perfekcjonistach, którzy sami wszystko robią najlepiej. Dochodzi do tego lęk o konkurencję zza ściany. Nie mogę sobie pozwolić na urlop, bo mój zastępca może okazać się lepszy i stracę pracę. Nie mogę sobie pozwolić na urlop, bo szef pomyśli, że mi nie zależy na pracy tylko na obijaniu się i braniu pieniędzy za nic. A jak już jest urlop to musi być na tip top. Zdobyte szczyty, rafy koralowe obejrzane, gwiazdki w hotelu zaliczone, nauka zumby z wyróżnieniem, szarfa miss turnusu, tytuł mistera spinningu itd. I jak zabraknie jakiegoś ptaszka to jest dramat. A to błąd. Pozwólmy sobie na wypoczynek statyczny wręcz izometryczny. Pod warunkiem, że taki lubimy. Nie spieszyłbym się od razu z tą farmakologią u Czytelniczki, ale na pewno ma problem. Ale nie ona jedyna. Nie jestem przekonany, że każdy kierat pracowy jest ostateczny. Skręt jelit na myśl o powrocie do pracy to sygnał, że coś jest nie tak z nami. I żadne wakacje tego nie zmienią, póki nie postaramy chociaż spróbować zmienić tempo kieratu. Wieloletnia sekwencja kierat-wakacje- skurcz w żołądku- kierat- wakacje…może doprowadzić do depresji, wyuczonej bezradności, problemów emocjonalnych, kłopotów w związkach partnerskich i towarzyskich. Skoro już w pierwszym dniu w pracy wakacje są jak ścięte białko na patelni to cos nie tak poszło w głowie. Teraz pozostają wakacje wewnętrzne, próba wspomnień i wypady za miasto, albo nawet na godzinę do wanny ze świecami. Treserowi  świnek morskich czy stroicielowi fortepianów trudno przestawić się na inną specjalizację, ale wszystko jest możliwe, trzeba tylko dopuścić myśl (póki co swobodną), że życie poza świnkami i kowadełkami jest możliwe. Pigułki, owszem trochę wyciszą, rozjaśnią jesień i zimę, uspokoją, ale nie zmienią pracy. Mogą za to wzmocnić postanowienie zmian.

Poproszę o jakąś krótką, uniwersalną instrukcję BHP, jak nie dać się zeżreć stresowi z powodu powrotu do pracy?

Off: mieć wywalone na to co powie szef, świat i cała ta banda, która tak naprawdę też ma na nas wywalone, ile się zrobi tyle się zrobi i nikt przez to życia nie straci, chyba, że straci to nieJ  Walnąć drina i czniać .

Moim zdaniem najważniejszy jest zdrowy dystans do tego co się robi. Wiadomo, że stres stresowi nierówny, ale każdy ma prawo do jego odczuwania. Trzeba sobie zadać pytanie: czego tak naprawdę się boję? Co się stanie, jeżeli nie zrobię  tego na sto a na osiemdziesiąt procent? Czy to jest warte mojego zdrowia, nerwów i życia? Co się może stać najgorszego, jeżeli czegoś nie zrobię albo się spóźnię? I czy moje poświęcenie jest doceniane (finansowo i po ludzku) i dostrzegane. Myślmy o sobie dobrze i pozytywnie, ale nie dajmy się wmanewrować w to, że jesteśmy niezastąpieni. Jesteśmy, zwłaszcza wtedy kiedy musimy sobie zrobić  techniczną przerwę  w pracy na parę dni. Dobrze byłoby oddzielić pracę od życia prywatnego, osobistego.  Ostatecznie przeglądać albumy ze świnkami morskimi. Tak, naprawdę nie ma stuprocentowej instrukcji. Na pewno ważna jest możliwość resetu po pracy, zwłaszcza ciężkim dniu. Dobra kolacja, rozmowa, spacer z psem, zmęczenie fizyczne, lub odlot w bezruchu z jazzem w tle.  I znowu: rozmawiać, mówić, komunikować.